Dostawca cieni

Anka! Chodź na obiad, szybko! Zaraz przyjeżdża po Ciebie ojciec! – Ton Pauliny dawał jasno do zrozumienia, że nie uzna żadnego sprzeciwu. Mimo tego jej córka nie ruszyła się z miejsca. Prawdę mówiąc, nawet nie usłyszała tych słów. Była na górze, zamknięta w swoim pokoju. W dodatku słuchała zespołu Alestorm – wysoki poziom głośności skutecznie tłumił dźwięki otoczenia.

– Anka, nie denerwuj mnie! – Matka nie zamierzała ustąpić. – Chodź na dół, natychmiast! – Wrzask się zbliżał. – Nie mam zamiaru znowu słuchać, jak to każesz ojcu na siebie czekać!

Ostatnie słowa były już całkiem wyraźne. Kiedy dotarły w końcu do Anny, nastolatka miała dokładnie tyle czasu, żeby zminimalizować okno przeglądarki i zsunąć słuchawki na kark. W chwili, gdy drzwi otworzyły się z hukiem, obróciła się na krześle, aby spojrzeć w oblicze wściekłej bogini chaosu.

– Dlaczego…

– Uczyłam się. – Anna weszła jej w słowo. – Coś mówiłaś?

Matka rzuciła okiem na ekran komputera.

– Kłamiesz, prawda? – Skrzyżowała ręce na piersi, chcąc ukryć ich nerwowe drżenie. Zdradzał ją jednak głos. Była wściekła, aż nadto. – Nie wierzę ci.

– Och, jakie to ma znaczenie? – Dziewczyna przewróciła oczami. – Zresztą. To, że mam wakacje nie oznacza od razu, że nie mogę się uczyć. Nie każda nauka musi dotyczyć szkoły. Świat się wokół niej nie kręci, wiesz?

– Naprawdę? – Zmrużyła oczy w wąskie szparki. – To, czego się uczyłaś, że nie mogłaś się odezwać? Co tam ci grało w słuchawkach?

– Uczę się na kryminologa, nie wiesz?

Kobieta uniosła brwi w geście zdumienia, a jej córka pokręciła głową z rezygnacją.

– Jasne, że nie wiesz…

– Anka!

– Słuchałam audiobooka znanej pani detektyw. Nie podam ci nazwiska, bo i tak go nie rozpoznasz. W każdym razie mówiła właśnie, że bardzo ważne jest nauczenie się sposobu myślenia zabójcy.

Zamilkła na chwilę, chcąc zwiększyć napięcie.

– A potem tłumaczyła, z perspektywy zabójcy oczywiście, w jaki sposób można pozbyć się zwłok.

– Jak możesz?! – krzyk Pauliny przerodził się w pisk psychopaty.

– No już, daj spokój. – Anna podniosła ręce w pojednawczym geście. – Tata naprawdę nie będzie chciał na mnie czekać. Chodźmy już.

– Masz dopiero piętnaście lat i wciąż mieszkasz pod moim dachem! Nie możesz mieć przede mną takich tajemnic!

– Takich? Czyli jakich? – zapytała z westchnieniem.

– Jesteś bezczelna! – warknęła. Miała szeroko otwarte oczy i wyszczerzone zęby. Brakowało tylko piany toczącej się z ust, wtedy do złudzenia przypominałaby wściekłego psa.

– Mamo, nie będziemy się widzieć przez dwa miesiące. Nawet w takich okolicznościach musisz robić problemy?

Chciała coś odpowiedzieć. Może nawet przeprosić, choć było to raczej wątpliwe. Raczej znowu zaczęłaby krzyczeć. Zanim jednak w ogóle zdążyła otworzyć usta, zza uchylonego okna rozległ się dźwięk klaksonu.

– No widzisz? – Anna wstała i płynnym ruchem zarzuciła na ramię torbę podróżną, która leżała obok biurka. – Teraz porozmawiasz sobie ze ścianą.

– Ani, proszę… – Matka od razu spuściła z tonu, jej twarz diametralnie się zmieniła. Ale było już za późno. – Zrobiłam obiad…

– Nie jestem głodna. – Ucięła, posiłkując się paskudnym kłamstwem. Najchętniej zjadłaby ogromnego burgera, zagryzła go gorzką czekoladą i przepiła maślanką truskawkową – ach, ten okres dojrzewania! – ale nie miała ochoty na posiłek w towarzystwie wiedźmy, która ją urodziła. A już szczególnie nie w tej chwili.

– Tata z pewnością poczeka… – Wciąż próbowała ratować sytuację.

– Nie, nie poczeka. Będzie miał do ciebie pretensje, bo nie dałaś mi nic na podróż i nie nakarmiłaś przed wyjazdem. Pojadę głodna, więc trzeba się będzie znowu gdzieś zatrzymać, co opóźni całą podróż. I jak zwykle wszystko będzie moją winą.

– Posłuchaj…

– Nie, spadam. Na razie.

Machnęła ręką na pożegnanie, po czym wyminęła matkę wciąż stojącą w progu i zbiegła po schodach.

– Nawet się nie pożegnasz?! – ryknęła Paulina po chwili, ale nikt już jej nie słyszał. Anna odjechała. – Cholerny gówniarz! – sapnęła jeszcze, jednak potem umilkła. Uświadomiła sobie, że rzeczywiście krzyczy do ścian, tak jak zapowiedziała córka.

Mocno pokręciła głową, jakby chciała odegnać złe myśli i w końcu zeszła na dół. Wyrzuciła kilogram ugotowanych ziemniaków do kosza. To samo zrobiła z kotletami, surówką i talerzami, na których leżało jedzenie. A potem, jakby nic się nie stało, rozsiadła się przed telewizorem i włączyła pierwszy z polecanych filmów na Netflixie.

*

Anna wrzuciła torbę do bagażnika, po czym usadowiła się na przednim siedzeniu pasażera w mercedesie ojca.

– Czekamy na mamę? – spytał Piotr, spoglądając na córkę kątem oka.

– Jedźmy – mruknęła tylko.

Nie zamierzał drążyć tematu. Wiedział, jaka potrafiła być jego była żona. Dlatego bez słowa sprzeciwu odpalił silnik i ruszył w trasę.

Może milczałaby jeszcze przez pewien czas, ale jej brzuch miał inny plan. Przeciągły, wibrujący dźwięk rozerwał bańkę ciszy. Piotr parsknął śmiechem, a Anna rzuciła mu oburzone spojrzenie.

– To nie było pierdnięcie, tylko mój brzuch! – zawołała, kiedy ojciec śmiał się już w najlepsze.

– Daje znać, że zebrały się w nim gazy? – Chichotał jak dziecko.

– Nie! – Na jej twarz wstąpił delikatny rumieniec. – Wręcz przeciwnie! Mówi, że jestem potwornie głodna…

Zatrzymali się na czerwonym świetle. Piotr otarł kąciki oczu, w których zdążyły się zebrać łzy radości.

– Och, z pewnością – westchnął, próbując się opanować. – Czemu nie mówiłaś, że jesteś głodna?

– Bo nie chciałam wchodzić w szczegóły.

Spojrzał na nią krótko, zmarszczył brwi. Wesołość uleciała w jednej chwili, a potem w głowie zamajaczyła absurdalna myśl.

Kiedy moja córka dorosła? – Zastanowił się. Obok niego nie siedziała już mała dziewczynka z kucykami związanymi na czubku głowy. Zmieniła się w nastolatkę, prawie dorosłą kobietę. A największą różnicą między nimi był fakt, że przed tą starszą nie można było już nic ukryć. Stała się bardziej spostrzegawcza. I w końcu przestała się bać.

– Nie zamierzałem wchodzić w szczegóły – powiedział, gdy ruszyli. – Szczerze powiedziawszy, nigdy nie powinienem był tego robić.

– Nie powinieneś – mruknęła, przypominając sobie jedną z ostatnich kłótni rodziców. Miała wtedy ochotę zapaść się pod ziemię. A teraz? Tym razem po prostu wyszłaby z domu. – Nie ważne. Naprawdę jestem głodna. Zatrzymamy się gdzieś?

– Jasne. – Ojciec z ulgą przyjął zmianę tematu. – Na co masz ochotę?

Zastanowiła się chwilę.

– Jeszcze nie wyjechaliśmy z Ostrowca, więc…

– …więc po prostu jedźmy do Maka.

Uniósł brwi w wyrazie zdumienia.

– Poważnie?

– Tak. A co? – Piotr zmrużył oczy, zerknął na nią z ukosa. – No co?! – Zjeżyła się.

– Nic, tylko chyba powinnaś przejść na dietę. – Twarz Anny zmieniała się w komiczny wręcz sposób. Najpierw wyrażała znudzenie, aż do obrzydzenia. Potem przybrała wyraz zdumienia, aby w końcu przeistoczyć się w grymas potwornego gniewu, gdy mózg przetworzył słowa ojca. Usta rozwarły się w niemym krzyku, a szerokie brwi niemal zasłoniły oczy, kiedy na czoło wstąpiły głębokie bruzdy, oznajmiające, że za chwilę nastąpi wybuch.

– Tato?! – krzyknęła i zamachnęła się poduszką, na której przed chwilą opierała głowę, a Piotr ryknął jak bawół, krztusząc się śmiechem.

– Jesteś śliczna, kiedy się tak złościsz – wysapał, łapiąc oddech.

Anna warknęła niczym piekielny ogar, ale nie odezwała się. Wiedziała, że ojciec wykorzysta przeciwko niej każde słowo i zrobi to w sposób perfidny i wyrafinowany. Nikt bowiem nie potrafił wzbudzić w niej takiej agresji jak on. Ale też nikt nie potrafił rozbawić jej do łez.

Na świecie musi być równowaga – pomyślała, oddychając głęboko, próbując w ten sposób opanować nerwy.

– Ile jesz, żeby utrzymać masę? – zagadnął prowokacyjnie? – Pięć? Sześć tysięcy?

– Czterdzieści – syknęła, a gdyby to było możliwe, jej głowa zapłonęłaby żywym ogniem.

– Wobec tego nie mam więcej pytań. – Mrugnął porozumiewawczo.

*

Zamówili dwa zestawy składające się z Wieśmaka, frytek i napoju, oboje standardową colę zamienili na herbatę. Nie przejmowali się ilością spożywanych kalorii, kiedy w trakcie jazdy konsumowali wątpliwej jakości posiłek. Nie przeszkadzała im uboga ilość składników ani zimne, sflaczałe frytki. W końcu niczego innego się nie spodziewali.

– Och! – wybuchła Anna niespodziewanie, pomiędzy kolejnymi kęsami burgera. Nie mogła dłużej dusić emocji. – To wszystko jej wina! Robi problemy tam, gdzie ich nie ma!

Piotr nie odezwał się, ale uważnie słuchał.

– Czytałam informacje o tym Duncanie MacDougallu, o którym mi mówiłeś. No wiesz, to gość od badań na temat wagi duszy.

Kiwnął głową.

– Strasznie się wkręciłam i jej nie usłyszałam – kontynuowała. – A ona z niewiadomych powodów wtargnęła do mojego pokoju i darła się na mnie, że mam jakieś tajemnice, że jej nie słucham i tak dalej!

– Tajemnice? – spytał, marszcząc brwi.

– Powiedziałam, że się uczyłam – mruknęła. Widząc minę ojca, od razu zaczęła się tłumaczyć. – Tak, trochę ją sprowokowałam. Ale to jej wina, zrobiła mi awanturę. Bezpodstawną. W dodatku próbowała zrzucić winę na ciebie… pośrednio.

– Co NAPRAWDĘ powiedziałaś?

– Że słuchałam audiobooka. Między innymi o tym, jak pozbyć się ludzkich zwłok…

Piotr parsknął cicho. Nie udało mu się ukryć rozbawienia, chociaż naprawdę próbował.

– Widzisz? Ciebie to bawi. A ona zrobiła awanturę!

– Powtarzasz się. – Zwrócił jej uwagę. – A śmiech zignoruj. Moje zachowanie jest niewychowawcze.

– Ale…!

Pokręcił głową i przerwał w pół słowa.

– Dlaczego po prostu nie powiedziałaś jej prawdy?

– Bo pewnie zaczęłaby wrzeszczeć, że to twoja wina, że jej nie słucham i znowu byłaby tyrada. – Zaczęła udawać głos matki. – Co on ci ładuje do tej głowy?! Przez niego interesujesz się bzdurami, zamiast w końcu zrobić coś pożytecznego! Bla, bla, bla – mówiąc, jednocześnie układała dłoń na kształt kaczego dzioba. A potem westchnęła, opuściła głowę i ramiona, jakby nagle opadła z sił.

– To jej wina. – Odwróciła wzrok w stronę okna. Mogła zrobić ten pieprzony obiad wcześniej i uniknęlibyśmy całej tej chorej sytuacji.

– Nie mów tak – powiedział automatycznie, słysząc przekleństwo, ale szybko zmienił zdanie. – A zresztą. Jakie to ma znaczenie?

Milczał przez jakiś czas, próbując dobrać odpowiednie słowa. W końcu się poddał, bo nic nie przychodziło mu do głowy.

– Nie wiem, co mogę ci powiedzieć. – Wypowiedział swoje myśli na głos. – Po prostu nie wiem.

– Dlaczego nie weźmiesz mnie do siebie? – Spojrzała na niego, a jej oczy były wielkie i błyszczące. Przełknął głośno ślinę, oto znalazł się w potrzasku.

– Nie przerabialiśmy już tego? – spytał ostrożnie.

– Nie – odpowiedziała krótko.

– Jestem pewien, że tak. Słuchaj… – Podrapał się nerwowo za uchem. – Przecież wiesz, że stale jestem w trasie. Mieszkając ze mną, w kółko musiałabyś zmieniać otoczenie, szkołę, znajomych…

Pokręciła głową.

– To żaden problem – powiedziała to z takim przekonaniem, że Piotr od razu uwierzył. – Zrobiłabym wszystko, żeby nie musieć do niej wracać. Już nigdy więcej.

Chciał powiedzieć, że nie wolno jej tak mówić. Że to w końcu jest matka i musi ją szanować, niezależnie od okoliczności. Wiedział, że jako ojciec powinien to wszystko wymienić, ale jakoś nie mógł się na to zdobyć.

To już nie jest nasza mała dziewczynka – pomyślał po raz kolejny tego dnia. – Nie mogę dłużej karmić jej kłamstwami. Zasługuje na prawdę.

– Kocham cię, ale nie chcę, żebyś ze mną mieszkała – mruknął, bojąc się reakcji Anny. Ona jednak nie wyglądała na szczególnie przygnębioną ani tym bardziej zdenerwowaną.

– Dlaczego? – spytała tylko, a w jej głosie słychać było najprawdziwszą ciekawość.

Piotr uśmiechnął się mimowolnie. Był dumny, bo wszystko wskazywało na to, że jego córka radzi sobie lepiej z problemami codziennego życia niż on, nie wspominając nawet o szalonej matce.

– Bo nie byłbym w stanie zajmować się tobą przez okrągły rok. – Wzruszył bezradnie ramionami. – Ja po prostu nie lubię towarzystwa. Jasne, w wakacje jesteśmy razem przez dwa miesiące. Ale to nadal nie jest… no wiesz, cały rok.

W odpowiedzi kiwnęła głową.

– Nie jesteś zła? – Dopytywał.

– To przykre, ale cóż mogę poradzić? – Anna ponownie odwróciła wzrok w stronę okna. – Jeszcze tylko trzy lata.

A potem ściemniło się, a jednostajny szum silnika utulił ją do snu. Piotr mknął na północ, w stronę wybrzeża. Przestał martwić się o córkę, bo był pewien, że udźwignie swój bagaż doświadczeń. Wszystkie jego myśli krążyły teraz wokół nowej powieści, którą zamierzał napisać podczas tego wyjazdu.

*

Na miejsce dotarli o czwartej nad ranem. Powietrze w Kuźnicy było chłodne i rześkie. Pachniało lasem. Dojechaliby wcześniej, ale Piotr zatrzymał się kilka razy po drodze, aby kupić hot–doga, skorzystać z toalety i uzupełnić zapasy kawy – napoju bogów. Na jednej stacji został zagadany przez sprzedawcę, bo ten rozpoznał w nim autora popularnego kryminału, ale: „nie pamiętam nazwiska, bo wie pan, ja nie czytam, ale moja siostra – ją strasznie jarają książki, właśnie głównie kryminały i…”. Słuchał dzieciaka z wyrazem uprzejmego zainteresowania malującym się na twarzy, w myślach wyzywając go od pierdolonych analfabetów. Takie sytuacje miały jednak miejsce dość często, a on, jako poczytny pisarz nie mógł po prostu splunąć komuś w twarz – to by było nieuprzejme. Co gorsza, zepsułoby jego wizerunek i z pewnością odbiłoby się w negatywny sposób na sprzedaży.

Słuchał go więc i kiwał głową, kiedy młody sprzedawca opowiadał historię swojego życia, by wreszcie poprosić o złożenie autografu na kawałku pomiętego paragonu, którego nie zabrał jakiś klient. Oczywiście dla siostry, nie dla niego, bo on przecież nie czyta książek i…

– Jak ma na imię siostra? – spytał, nie chcąc tracić kolejnej minuty cennego życia.

– A po co panu taka informacja? – Sprzedawca podejrzliwie zmarszczył brwi.

Piotr uniósł wzrok, jego usta zacisnęły się w wąską kreskę. W ostatniej chwili powstrzymał się przed zrobieniem dzieciakowi krzywdy.

– Dedykacja – powiedział. Nie udało mu się ukryć drżenia głosu. – Chcę napisać dedykację.

– Ach, to cudownie! – Młoda twarz wyrażająca tęsknotę za myśleniem rozpromieniła się. – Bo widzi pan…

– Imię – powtórzył z naciskiem.

– Asia. To jest Asia. Och, będzie zachwycona! Ale mam szczęście, że…

– Dobranoc. – Piotr podsunął podpisany skrawek papieru sprzedawcy i wyszedł, nim tamten zdążył go zatrzymać.

Reszta drogi przebiegła już spokojne, ale właśnie przez to mieli opóźnienie. Chciał dotrzeć na miejsce w nocy, uwielbiał bowiem oglądać morze w świetle gwiazd. Zwłaszcza podczas pierwszej doby. Ot, taki nawyk. Ale cóż, nic nie mógł na to poradzić.

– Co się odwlecze, to nie uciecze – stwierdził, wysiadając z samochodu. – Anno, pobudka. Zaraz wstanie słońce.

Jego córka otworzyła zaspane oczy, kiedy poczuła na ramieniu dotyk szorstkiej dłoni.

– Co–o? – wybełkotała, trąc twarz.

Uśmiechnął się delikatnie.

– Zaraz wstanie słońce – powtórzył. – Chodź na plażę, bo znając twoje zamiłowanie do snu, możesz przegapić ostatnią szansę na obejrzenie wschodu,

– Bardzo śmieszne – mruknęła, ale posłusznie wstała. Przeciągnęła się, ziewnęła głośno, a potem ruszyła w ślad za ojcem.

Zatrzymali się od strony zatoki, dojście na plażę zajęło im niespełna pięć minut. Usiedli na zimnym piasku ramię w ramię i w ciszy obserwowali, jak promienie czerwonego słońca rozrywają nieboskłon, a potem powoli wspinają się wyżej i wyżej, aby w końcu ogrzać ciepłem i otoczyć światłem tę część globu.

Anna odetchnęła głęboko, odchyliła głowę i uśmiechnęła się. Po raz pierwszy od dziesięciu miesięcy czuła się dobrze. Jakby to było WŁAŚCIWE miejsce. Jakby znalazła wreszcie cel wędrówki zwanej życiem. Wiedziała, że ten cudowny stan utrzyma się nie dłużej niż do końca wakacji, bo potem będzie musiała wrócić do kieratu, do matki. Ale teraz nie zamierzała się tym martwić. Matki nie było w pobliżu. Zamiast niej, u boku miała ojca – inteligentnego mężczyznę, z którym zawsze mogła porozmawiać, wymienić poglądy, pożartować. To był teraz jej świat.

– Co się tak cieszysz? – Piotr szturchnął córkę w bok.

– Nie przeszkadzaj mi. – Nawet się nie odwróciła. – W sumie to nawet możesz sobie stąd iść. Psujesz estetykę otoczenia.

Piotr syknął, jakby się skaleczył.

– Co się stało? – Anna spojrzała na niego.

– To twój cięty humor. – Puścił jej oko i nie czekając na odpowiedź, wstał. – Chodź, musimy się zameldować.

Anna niechętnie wróciła do samochodu. Miała wrażenie, że mogłaby patrzeć na zatokę przez co najmniej całą wieczność.

*

Ich kwaterą okazał się domek wybudowany po drugiej stronie Półwyspu Helskiego. Nie zachwycał wyglądem, ale niedostatki wizualne rekompensował fakt, że wystarczyło przejść przez tory, aby znaleźć się na plaży.

– Będę jeść śniadanie nad morzem, niemożliwe! – Zawołała Anna, wyciągając torbę z bagażnika. – No tak, kto bogatemu zabroni.

Wyszczerzyła się do ojca, a on tylko pokręcił głową z politowaniem.

Domek był urządzony przytulnie. Mały korytarz prowadził do niewielkiego salonu z aneksem kuchennym, umeblowanego w swojskim, rustykalnym stylu. Na dole była również toaleta, a z tyłu domu wybudowano uroczy, zadaszony taras – widok na porośnięte nadmorskimi trawami wydmy zapierał dech w piersi. Na górze znalazły się dwie sypialnie oraz kolejna łazienka.

Anna zajęła pokój po prawej stronie. Rzuciła torbę na łóżko, po czym podeszła do okna i uchyliła je. Do jej uszu dobiegł kojący szum fal. Potem rozpakowała się niespiesznie, aż wreszcie zmęczenie wzięło nad nią górę. Postanowiła się zdrzemnąć.

Gdy otworzyła oczy, było już południe. Słońce wisiało wysoko nad horyzontem. Od razu poczuła przyjemny zapach smażonego mięsa dobiegający z dołu przez niedomknięte drzwi. Brzuch zaczął warczeć, domagając się jedzenia. Nie zwlekając ani chwili, związała włosy w warkocz, umyła zęby, ochlapała twarz zimną wodą, a potem przebrała się w świeże ubrania i zbiegła po schodach.

– Co tam pichcisz? – spytała, siadając przy kuchennym blacie.

– Schabowe. Chcesz kawy zbożowej? – Piotr postawił przed nią dzbanek z jasnobrązowym napojem.

– Chętnie. – Sięgnęła po kubek i poczęstowała się piciem. Sączyła je powoli, rozkoszując się słodko–gorzkim smakiem.

– Nad czym będziesz teraz pracować? – Podjęła rozmowę.

– Nad teorią, o której czytałaś przed wyjazdem.

– O tym, że dusza człowieka waży 21 gramów?

– Możesz mi wierzyć lub nie, ale sam to wymyśliłem. No, prawie.

– Kontynuuj. – Zachęciła, widząc, że ojciec zerka na nią kątem oka.

– Zacząłem się zastanawiać, czy istnieje możliwość sprawdzenia tego faktu. Tego, że każdy z nas ma duszę. Że jesteśmy czymś więcej niż tylko kupą żywych tkanek.

– No tak, ale to nie wyjaśnia, jak na to wpadłeś.

– Nie przerywaj mi, wtedy wszystkiego się dowiesz. – Rzucił jej karcące spojrzenie. – Przyszło mi do głowy, że dusza też może być czymś fizycznym. No wiesz, mając nowoczesne, ultradokładne skanery masy, bylibyśmy w stanie oddzielić jej wagę od wagi ciała, a tym samym udowodnić, że istnieje…

– Wymyśliłeś historię, w której ludzie używają skanerów dusz?! – Otworzyła szeroko usta. – I jak one miałyby działać?

– Sęk w tym, że jeszcze nie mam pewności. Nie znam ich funkcji i nie wiem, po co w ogóle ludzie mieliby ich używać. Muszę to jeszcze przemyśleć. – Wzruszył ramionami. – Ale wracając do tematu. Szperałem trochę w sieci i bardzo szybko okazało się, że to wcale nie jest mój autorski pomysł… a przynajmniej nie do końca. Różnica jest taka, że MacDougall używał łóżka, a nie skanera.

– Tak, wiem. – W zamyśleniu pocierała kubek prawą dłonią. – Podczas badań stwierdził też, że psy nie mają duszy, bo ich waga nie zmieniła się.

– Owszem, tak było. – Piotr obrócił mięso na patelni, panierka zaskwierczała głośno. – Ciekawa sprawa, nie sądzisz?

Anna zaśmiała się krótko.

– Raczej głupia. Te badania… przecież nawet nie można tego określić mianem badań!

– Może głupie z perspektywy naukowej. A jednak pobudza wyobraźnię, to musisz przyznać.

Przypomniała sobie, ile godzin poświeciła na czytanie artykułów o amerykańskim naukowcu. Jej usta ozdobił delikatny uśmiech.

– Racja. Ale same badania wydają się dość makabryczne. Facet po prostu rzucał półżywych gruźlików na łóżko–wagę i z niecierpliwością czekał, aż wydadzą ostatnie tchnienie, by móc dopisać kolejne liczby do swoich pokręconych statystyk.

– Jak poetycko. – Uniósł brwi w wyrazie zdumienia, a Anna machnęła lekceważąco ręką, nie dając się sprowokować.

– Wyobraź sobie, co musieli myśleć ci ludzie. Jak się czuli. MacDougall i jego asystenci byli jak sępy.

– A może nie? Może ci ludzie, w pełni świadomi swojego krytycznego stanu cieszyli się, że ich nieuchronna śmierć może przyczynić się do rozwiązania odwiecznej zagadki?

– Nie sądzę, żeby ktokolwiek w ogóle pytał ich o zdanie. – Oparła głowę na pięści. – My też już ich o nic nie zapytamy.

– Chyba że znajdziemy ich dusze. – Uniósł palec, chcąc podkreślić wagę słów.

– Wywoływałeś kiedyś duchy? – Anna pomogła ojcu nałożyć puree ziemniaczane i ćwikłę.

– Oczywiście. – Wyłączył kuchenkę, po czym położył schabowe na talerzu i odsączył z nich tłuszcz za pomocą papierowych ręczników.

– I co?

– Co, co?

Obiad postanowili zjeść na tarasie.

– No udało się? Wywołałeś jakiegoś? – Usiadła na wygodnym, wiklinowym fotelu. Piotr zajął miejsce po drugiej stronie stolika.

– Nigdy. Ale to niczego nie dowodzi, prawda? Jeszcze może się udać.

Posiłek przebiegał w naprawdę przyjemnej atmosferze. Ojciec i córka rozmawiali ze sobą o rzeczach ważnych i mniej ważnych. Wszystko było dobrze. Tak powinno wyglądać życie każdego człowieka, tak powinna wyglądać relacja każdego ojca z każdą córką. Na zawsze. Świat stałby się wtedy lepszym miejscem.

*

Czas w Kuźnicy płynął leniwie. Anna starała się nie myśleć o matce, o szkole, czy też o tym, że minął już miesiąc. Niestety, siłą rzeczy takie rozważania coraz częściej pojawiały się w jej głowie. Wakacje wkrótce się skończą, a wraz z nimi odejdzie ojciec i cała radość życia.

Westchnęła głęboko po raz wtóry i usiadła na wilgotnym piasku. W nocy padał deszcz, słońce skryło się za chmurami, a wiatr dmuchał bezlitośnie w twarze i plecy spacerowiczów. Dlatego nie spotkała ich zbyt wielu podczas wędrówki.

Wzburzone fale rozbijały się o brzeg, co i rusz wyrzucając śmieci, muszle, patyki. Pozbywało się też trucheł. Anna złapała ważkę, która podpłynęła do niej razem ze spienioną wodą. Miała nadzieję, że owad jeszcze żyje, ale ten ani drgnął, kiedy trzymała go na dłoni.

– Biedaku – mruknęła, przyglądając się majestatycznym skrzydłom. A potem przez chmury na jedną krótką chwilę przebiło się słońce i wtedy dostrzegła coś dziwnego. Ważka nie rzucała cienia.

*

Obserwował ją od pewnego czasu. Nie dlatego, że czytał z ludzi jak z otwartych książek. Jego niezwykła intuicja również nie miała na to wpływu. Powód był prozaiczny. On po prostu kochał hazard. Co prawda mógł się zakładać wyłącznie ze sobą, ale i tak czuł ekscytację za każdym razem, kiedy miało dojść do konfrontacji.

Ta dziewczyna nie miała w sobie nic niezwykłego. Nie czuła nienawiści ani obrzydzenia nawet do małej cząstki świata. Gniew wybuchał w niej agresywnie niczym wulkan, ale równie szybko wygasał. Żadna z jej cech nie pasowała do schematu. Ani jeden fragment osobowości nie sugerował, że nastolatka mogłaby chcieć skorzystać z jego usług. I to właśnie był klucz. Ten szalony zakład z minimalną, nieprawdopodobną wręcz szansą na zwycięstwo.

Dlatego śledził każdy jej ruch, oczami swoich podopiecznych. Sam nie mógł się zbliżyć, ale mimo tego widział ją bardzo dobrze. Dostrzegł, jak jej usta otwierają się mimowolnie, a źrenice rosną z każdą chwilą. Obserwował, jak odrzuca truchło, podnosi się zamaszyście i szybkim krokiem odchodzi w przeciwnym kierunku. Chciała jak najszybciej wyprzeć z głowy wspomnienie dziwnego zjawiska, które zaprzeczało prawom fizyki. Wmawiała sobie, że to przewidzenie, że miała do czynienia z iluzją optyczną. Wiedział to wszystko, bo oni zawsze tak reagowali. Wyparcie było pierwszym etapem, następowało spontanicznie. Ale szybko ustępowało miejsca zaciekawieniu. Intrygowało. Pojawiały się pierwsze, logiczne kontragrumenty. Nie było mowy o pomyłce. Zwłoki nie rzucały cienia.

W końcu prędzej czy później pojawiał się ostatni etap. Panika. I zwykle czekał właśnie na ten moment. Dlatego, że był najlepszy. Strach zawsze prowokował ludzi do podejmowania nagłych i nieprzemyślanych decyzji. Wtedy stawali się nieprzewidywalni, co stanowiło najwyższej klasy rozrywkę.

Tym razem nie chciał jednak czekać. Nie mógł, po prostu nie mógł zwlekać. Cieszył się na to spotkanie jak dziecko, bo pomimo wszechwiedzy nie miał pewności, jak się zakończy. Dlatego, kiedy tylko dziewczyna zamknęła oczy, zapukał do jej drzwi.

*

Anna usłyszała pukanie.

– Kto tam? – spytała odruchowo. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że śni.

– Przyszedłem porozmawiać. – Głos nie miał w sobie nic znajomego. Zdawał się dobiegać zewsząd, jakby rozbrzmiewał we wnętrzu jej głowy.

– To nie jest odpowiedź na moje pytanie. – Zmarszczyła brwi.

– Wybacz moje naganne maniery. – Wbrew temu, co powiedział, wcale nie był skruszony. Usłyszała wyraźną nutę drwiny. – Jestem dostawcą cieni. Chciałem zaoferować ci moje usługi.

– Kim? – Oczami wyobraźni dostrzegła martwą ważkę, którą tego dnia znalazła na plaży i poczuła, że robi jej się zimno. Nogi zdrętwiały przytłoczone ciężarem ciała. Pomyślała, że to będzie prawdopodobnie ostatni sen w jej życiu.

– Proszę, nie rozmawiajmy w ten sposób. – Głos był zniecierpliwiony. – Otwórz drzwi, a wszystko ci wyjaśnię.

Jak na zawołanie, tuż przed jej twarzą, na wyciągnięcie ręki, wyrosła klamka. Tak po prostu. A kiedy ją nacisnęła, wszystko wokół spowił mrok.

– Och, od razu lepiej. – mruknął nieznajomy. – Chodź, śmiało. Ja nie gryzę.

Teraz jego głos stał się normalny. Brzmiał jak głos mężczyzny w podeszłym wieku, ale był trochę zbyt niski i nie do końca ludzki.

Przeszła kilka kroków, rozgarniając ciemność przedramionami, aż potknęła się o coś. O kamień.

– No cześć. – Po przeciwnej stronie siedział zgarbiony stwór okryty czarną peleryną. Jedynym źródłem światła w tym miejscu były jaskrawe, czerwone oczy spoglądające na nią spod kaptura. – Usiądź, porozmawiajmy.

Anna posłuchała prośby i przysiadła na kamieniu, zachowując jednak spory dystans.

– Boisz się? – Stwór wypowiadał się w dziwny sposób, nienaturalnie przeciągając sylaby.

– Chyba nie dam rady tego ukryć. – Przełknęła głośno ślinę.

– Nie masz się czego obawiać, to tylko sen. – Anna wyobraziła sobie, jak człekokształtne stworzenie szczerzy zęby w upiornym uśmiechu.

– A jednak nie czuję się zbyt pewnie. – Próbowała zamaskować lęk, żartując. – W horrorach też zawsze tak mówią, a potem co? Wszyscy giną.

– Ale to nie film, tylko życie. – Zauważył. – Twoje prawdziwe życie.

– To chyba jeszcze gorzej…

Stwór milczał przez dłuższy czas. Duże okrągłe latarenki zdawały się prześwietlać nastolatkę na wskroś.

– Nawet gdybym chciał, to nic nie mogę zrobić. Jestem zamknięty pomiędzy.

– Pomiędzy czym? – Dała się zaskoczyć.

– Pomiędzy światami, oczywiście. Nie należę do żadnego z nich.

– To… dlaczego rozmawiamy? Jak się tu dostałeś?

– Nie ja, tylko ty. – Czerwone oczy przyglądały jej się intensywnie. – Kraina snów znajduje się właśnie pomiędzy.

– A więc sugerujesz, że kiedy śnimy, to jest tak, jakbyśmy umarli?

– Nic podobnego. Ja na przykład czuję się całkiem żywy.

– Nie rozumiem. – Anna pokręciła mocno głową. – Czym ty w zasadzie jesteś?

– Kim, moja droga. Jestem kimś, a nie czymś. To było bardzo nieuprzejme.

– Prze–przepraszam – wyjąkała, bo nagle zrobiło jej się bardzo głupio.

– Nic nie szkodzi. Nie straciłaś swojej szansy. Jeszcze – dodał z naciskiem. – Jak już mówiłem, jestem dostawcą cieni.

– Co to znaczy? – Z każdą chwilą czuła się coraz pewniej. Nie potrafiła tego wyjaśnić, ale podświadomie czuła, po prostu wiedziała, że jej rozmówca nie kłamie.

A jeśli karmi mnie półprawdami? – pomyślała.

Wtedy i tak umrę. – Odpowiedź przyszła natychmiast. – Niezależnie od tego, co powiem albo zrobię.

– Dostarczam ludziom cienie. Innym też, ale głównie ludziom. Oni najchętniej korzystają z mojej oferty.

– Inni?! – Szybko ugryzła się w język. – Nie, czekaj. To za dużo. Co to znaczy, że dostarczasz cienie? Jesteś czymś w rodzaju sprzedawcy?

– Nie, ja niczym nie handluję. Jestem dostawcą. Swego rodzaju pośrednikiem. Kiedy znajdę kontrahenta, pytam go, czego potrzebuję. A potem, w zależności od tego, co powie, importuję odpowiedni cień i oddaję w ręce drugiej strony umowy.

Anna zmarszczyła brwi.

– Czegoś tu nie rozumiem. Nic na tym nie zyskujesz. To brzmi dosłownie tak, jakbyś spełniał czyjeś… marzenia. A to przecież niemożliwe. Co z tego masz?

– Satysfakcję – odpowiedział krótko i lekko przechylił głowę. Temu ruchowi towarzyszył bardzo nieprzyjemny, wręcz upiorny zgrzyt. – Nie każdy jest zachłanny.

Parsknęła.

– Jaki jest zatem koszt? Nie ma nic za darmo! Przecież na świecie musi panować…

– Równowaga – powiedzieli równocześnie, a Anna zamarła.

– Tak, masz rację. Równowaga – powtórzył stwór. – Abym mógł komuś pomóc, ktoś inny musi stracić cień.

Bała się pytać dalej, ale on widział ciekawość malującą się na jej twarzy, wręcz wyciekającą przez wszystkie pory skóry. Nie mógł przegapić takiej okazji, więc kontynuował.

– Kiedy moi posłańcy zabierają cień, poprzedni właściciel umiera.

– Twoi posłańcy?

– Tak, to koty. One od zawsze żyły pomiędzy, ale w odróżnieniu ode mnie mogą podróżować. Więc współpracujemy. Przecież mówiłem, że ja nie mogę cię skrzywdzić, prawda? – Pomimo zadanego pytania, wcale nie czekał na odpowiedź. – Bo widzisz, cienie mają moc sprawczą. Im wyższa istota jest właścicielem danego cienia, tym potężniejszą ma on siłę.

– A więc cienie… to dusze? – Anna poczuła nieprzyjemne pulsowanie pod czaszką. – Ale przecież to wszystkiemu zaprzecza, wszystkim prawom…!

– Prawom? – spytał drwiąco. – Jakim prawom? To, co cię otacza, ty sama jesteś w rzeczywistości zbiorem niewyobrażalnie małych atomów, które w każdej chwili mogą się rozpaść, rozpierzchnąć, przepaść. O jakich prawach mówisz?

I tym razem nie czekał na odpowiedź.

– Ludzie pragną młodości, zdrowia, długowieczności, pieniędzy. Jeżeli tylko są wystarczająco zdesperowani, to prędzej czy później ich znajduję. A wierz mi, tuzy twojego świata pragną naprawdę silnie i ponad wszelką wątpliwość za dużo. Ale po to tutaj jestem. Żeby odpowiedzieć na ich wezwanie.

– A cienie, to cienie – dodał po chwili. – Ani więcej, ani mniej.

– A ja? – Anna skrzyżowała ręce na piersi. – Ja cię nie wzywałam.

– Nie? Jesteś pewna? – To była jego chwila, zaraz wszystko się rozstrzygnie. – Niczego nie pragniesz?

Czerwone ślepia jarzyły się wewnętrznym, nieodgadnionym blaskiem.

– Chciałabym mieszkać z ojcem – powiedziała ostrożnie, mając pełną świadomość konsekwencji, jakie mogą nieść ze sobą te słowa.

Oczy istoty zapłonęły jeszcze żywiej.

– Aby spełnić to pragnienie, będę potrzebował naprawdę silnego cienia. Nie wstydzisz się swojej prośby?

Milczała, zastanawiając się, rozważając wszystkie za i przeciw. A potem wyprostowała się dumnie i rzuciła wyzywające spojrzenie istocie, którą wpuściła do swojego snu.

– Nie – powiedziała z pełnym przekonaniem. – To moje życie i sama muszę je sobie ułożyć. Nikt inny go za mnie nie przeżyje. A skoro dajesz mi szansę na tak ogromną zmianę… cena nie gra roli.

– Dobrze. Podpiszmy zatem umowę. Zobowiązuję się dostarczyć tej dziewczynie cień, który sprawi, że zamieszka z ojcem. W zamian oczekuję jedynie dyskrecji oraz wieloletniej wdzięczności za okazaną przeze mnie pomoc. – Kiedy mówił, w powietrzu zmaterializowała się kartka papieru, a wszystkie jego słowa spisywane były niewidzialną ręką. Na końcu ta sama nieokreślona siła odbiła pieczęć z podobizną kota.

– Podpisz, proszę, dokument. Wtedy umowa wejdzie w życie.

W ręce Anny pojawiło się pióro, bez chwili wahania złożyła podpis.

– Jutro wieczorem otrzymasz cień, zostaw otwarte okno w sypialni.

Mrok zaczął gęstnieć.

– Zaczekaj! – zawołała, zrywając się z miejsca. – Możesz mi coś jeszcze powiedzieć?

– Słucham.

– Czy cienie mają wagę?

– Tak. Ich masa wynosi dokładnie 21 gramów, niezależnie od masy właściciela.

Anna wciągnęła gwałtownie powietrze.

– Wiem, o czym myślisz. I częściowo masz rację. – Głos oddalał się. – Biedny MacDougall nie wiedział, że jego trupy padły ofiarą moich posłańców. Ich cienie były wprost idealnie dopasowane do potrzeb kontrahenta. A psy? Po prostu je zabił. Bez mojego udziału. Dlatego ich waga nie uległa zmianie.

– Co się dzieje z nami po śmierci? Co z cieniami, które wykorzystujemy do naszych celów?! – krzyknęła, ale odpowiedziała jej cisza.

*

Wakacje skończyły się szybko, ale humor Anny wcale się nie pogorszył. Piotr dziwił się, bo taka sytuacja do tej pory nie miała miejsca. Zaczął nawet podejrzewać, że jego córka mogła… no, może coś zażyć? Ale nic podobnego się nie stało. Ona po prostu miała dobry humor. Dziwna sprawa, jednak nie chciał wbijać kija w mrowisko. Bał się, że gdyby za bardzo na nią napierał, córka pogrążyłaby się w rozpaczy.

Tymczasem Anna wracała do domu szczęśliwa, ponieważ wiedziała, że wkrótce wszystko się zmieni. Ten powrót miał być ostatnim, bo cień spoczywający bezpiecznie w kieszeni bluzy miał stanowić rozwiązanie.

To był drogi cień, choć nie do końca zdawała sobie z tego sprawę. Wiedziała, że ktoś umarł. Nie miała natomiast pojęcia kto i w jakich okolicznościach. A było to niezwykle smutne wydarzenie, które zakończyło historię krótkiej namiętności, ale wieloletniej miłości dwójki ludzi.

*

Anna pożegnała się z ojcem. Wcześniej ustaliła z nim, żeby został w Ostrowcu jeszcze kilka dni. W następny weekend miał się odbyć koncert zespołu Pod wiatr i po prostu chciała iść z nim. Niczego nieświadomy Piotr zgodził się i zapowiedział, że kiedy tylko wynajmie jakiś pokój, da jej znać.

Dziewczyna weszła do domu dumnie wyprostowana i pewna, że już nigdy więcej nie będzie musiała wracać do tych przeklętych murów, do tej…

– Anno, jak ty wyglądasz? – Powitała ją od progu Paulina. – Czy on cię tam w ogóle karmił?!

– Też się cieszę, że cię widzę – mruknęła, wyciągając z kieszeni szklaną buteleczkę. Kiedy zbliżyła się do matki, wysunęła z wąskiego otworu korek, a skondensowany mrok wzleciał do góry, jakby szukał celu. Kobieta próbowała zogniskować wzrok, a kiedy w końcu się udało, czarna mgiełka, przez nos, dostała się do wnętrza jej ciała.

*

Kiedy następnego dnia Anna wróciła z rozpoczęcia roku szkolnego, zastała matkę leżącą na podłodze w kałuży krwi – kobieta podcięła sobie żyły kawałkiem porcelanowego talerza.

Nastolatka natychmiast wezwała policję i karetkę, a potem zadzwoniła do ojca. Płakała, łzy lały się po twarzy strumieniami. Ktoś mógłby pomyśleć, że to ze smutku po utracie najbliższej osoby. Że dziewczyna rozpacza, bo już nigdy nie ujrzy ukochanej matki.

On jednak znał prawdę. Widział ją w rysach twarzy, w mowie ciała, w delikatnych zmarszczkach tworzących się wokół oczu i ust. Widział to w jej duszy, kocim wzrokiem, którym wciąż ją obserwował. To była ulga, bezgraniczne poczucie szczęścia, jakie może dać zniewolonej duszy wyłącznie wolność.

– I znowu wygrałem – powiedział, kręcąc głową z niedowierzaniem. – Nie miałem żadnych szans, a jednak się udało!

*

Anna bez żalu opuściła dom, który dzieliła z matką. Nawet się nie odwróciła, kiedy ostatni raz opuszczali brukowany podjazd. Nie rzuciła nawet okiem na agentkę nieruchomości, która miała zająć się sprzedażą posesji.

Nie było już powrotu, tylko droga prowadząca do przodu, w kolorową, jasną przyszłość. I tylko to się liczyło.

Zostaw komentarz