Lustro

Julia obudziła się wraz ze wschodem słońca. Słabe jeszcze promyki stukały delikatnie w okno i ten krótki, złoty blask wystarczył, aby wyciągnąć ją na dobre z krainy snów. Przetarła oczy wierzchem dłoni, ziewnęła przeciągle i usiadła na skraju łóżka. Przekręciła głowę i przez chwilę wpatrywała się w ognistą łunę, która z sekundy na sekundę ogarniała coraz większy fragment nieba.

– Słońce zawsze wschodzi, jeżeli tylko wciąż oddychamy – powiedziała. Uśmiechnęła się delikatnie. – Tak. Dzień zapowiada się pięknie.

Nagle zza drzwi rozległy się ciche piski i drapanie. Coś ewidentnie chciało wejść do pokoju.

– Och, Lili. – Przewróciła teatralnie oczami, ale wstała i pociągnęła za klamkę. – Też wstałaś, słodziaku?

Do środka wpadła czarna, rozdygotana kulka. Kiedy tylko ciemne oczka ujrzały panią, pies wspiął się na dwie łapy i począł na nich tańczyć. Julia opadła na kolana, drapiąc pupila za uszami. Dała się polizać po rękach, potem po twarzy.

– Tak, tak! Ja też się cieszę, że cię widzę! – zawołała roześmiana, głaszcząc mięciutkie futro. – Zaczekaj, zaraz pójdziemy na spacer. Tylko się ogarnę.

Pierwsze silne emocje szybko opadły. Lili zaczęła obwąchiwać pomieszczenie powoli i dokładnie, kawałek po kawałku, jakby znalazła się tutaj po raz pierwszy. W tym czasie Julia usiadła przy toaletce i spojrzała krytycznie na lustrzane odbicie. Miała ładną twarz o delikatnych rysach i bardzo długie, jasne włosy, które na noc zawsze splatała w warkocz, żeby uniknąć nieprzyjemności związanych z czasochłonnym rozplątywaniem kołtunów. Mama powtarzała każdego ranka: „Chcesz mieć długie włosy, musisz o nie dbać”, a potem, przez wiele godzin szarpała pojedyncze pasma, rozczesując wszystkie niechciane, chaotyczne sploty. To bolało. Julia codziennie wylewała potoki łez, krzycząc, jaka to jej matka jest zła, niedobra i najgorsza na świecie. Ale w końcu nauka przyniosła efekt w postaci dobrego nawyku, dzięki któremu włosy wyglądały pięknie, lśniły i – co najważniejsze – przestały się plątać.

„Gdyby tata tu był, nie pozwoliłby na to, żebyś mnie tak męczyła!” – krzyknęła pewnego dnia, a chwilę potem poczuła, jak w trzewiach narasta ogromny wstyd. Żołądek skręcił się nieprzyjemnie, na twarz wstąpiły czerwone rumieńce. W oczach stanęły łzy, a słowa nie chciały wydostać się z ust. Co gorsza, mama nie odezwała się. Nie zwróciła jej uwagi ani nie nakrzyczała na nią, jak miała w zwyczaju. To głębokie milczenie było jeszcze gorsze niż gniew, bo kotłowało się między nimi bardzo długo, nie mogąc znaleźć ujścia. I powietrze robiło się coraz gęstsze i gęstsze, aż w końcu mama wyszła z pokoju, delikatnie zamykając za sobą drzwi.

Potem oczywiście wszystko się poukładało, ale to wydarzenie zostawiło wyraźną rysę w głowie Julii. To była jedna z tych chwil z dzieciństwa, które pamięta się do końca życia pomimo upływu wielu lat. Ta, która całkowicie zmienia człowieka… a przynajmniej jego cząstkę, podejście do pewnego aspektu życia. W jej przypadku były to włosy. W końcu zaczęła dbać o nie sama, bo nie chciała ich ścinać i wolała uniknąć podobnych spięć w przyszłości. A tata… jego już nie było, a nieostre wspomnienia pozostawiały mnóstwo miejsca dla wyobraźni. Niezależnie od tego, nie powinna wciągać zmarłych w kłótnie toczące się wśród żywych – to z kolei nie pozostawiało żadnego pola do dyskusji.

Teraz trzymała szczotkę w prawej ręce i powoli czesała jasne pasma. Bezwiednie nuciła melodię ze swojej ulubionej pozytywki, która od niepamiętnych czasów tuliła ją do snu. Mama powiedziała, że to ostatni prezent od ojca, a zatem prawdziwy skarb.

A potem pojedynczy promień słońca odbił się w lustrze i wszystko zamarło, bo oto świat zatrząsnął się w posadach.

Zobaczyła siebie, ale jakąś inną, gorszą, mniej doskonałą. Jakby ciemniejszą. Julia, która odbijała się w lustrze, miała krótkie włosy. Chyba obcięła je sama, nożyczkami do papieru, bo końcówki były postrzępione i nierówne. Czesała je identyczną szczotką, ale używała do tego lewej ręki.

Twarz tamtej dziewczynki – moja twarz, to moja twarz! – była szara, skóra zapadała się lekko, a kości policzkowe tworzyły nienaturalne, brzydkie kąty. To, czego nie mogła dostrzec, ale wyczuć – poczułam to, całą sobą, bardzo wyraźnie, aż za bardzo! –  dotyczyło rodziny. Tamta Julia miała zarówno ojca, jak i matkę. Ale tata wcale nie powstrzymał mamy przed codziennym szarpaniem jasnych włosów, jak to sobie wyobrażała.

Zrobiłam to sama. Pewnego dnia, po prostu je obcięłam. Razem z kawałkami skóry. Widzisz? To nie farba, to krew. Malowałam nią swoje makabryczne obrazy, podczas gdy ty słuchałaś tej pieprzonej pozytywki. Nie znasz tego słowa? Oczywiście, że nie. Ale nauczysz się go. Tego i wielu innych, równie brzydkich i wulgarnych. Już wkrótce.

Szczotka wypadła z drżącej ręki, dywan stłumił uderzenie. Lili warczała cicho z kąta pokoju, sierść na grzbiecie miała zjeżoną do granic możliwości. Ale Julia tego nie dostrzegła, bo złowrogie spojrzenie błękitnych oczu – mój boże, to moje, moje własne oczy! – zupełnie ją zahipnotyzowało.

Prawa dłoń wbrew jej woli zaczęła zbliżać się do odbicia.

– Nie! – Chciała krzyknąć, ale z piersi wydobył się zaledwie szept. – Błagam, nie! Nie rób tego!

Wiesz, co on zrobił? Co robi każdego dnia? Mnie i mamie? Masz szczęście, że umarł.

Wbrew wszelkiej logice, po drugiej stronie lustra nagle pojawił się czarny kot. Był wyliniały i brzydki tak jak ona sama. Niedoskonały, gorszy. Mroczny. Otarł się o swoją panią, błysnął zielonym okiem, zasyczał i pomknął w nieznanym kierunku.

Wiesz, co się stało z moją pozytywką? Zabił nią słodką Lili. Bił tak długo, aż rozkwasił jej głowę. A potem przyprowadził TO.

Palce dziewczynek spotkały się na zimnym szkle, a ono pękło, rozbijając oba światy na miliony drobnych kawałków.

*

Julia otworzyła oczy, przeciągnęła się i usiadła na skraju łózka. Czuła błogi spokój, obserwując, jak budzi się słońce. Patrząc, jak jego ciepłe promienie otulają świat.

Lili skamlała na zewnątrz, ale kiedy drzwi otworzyły się, szczeknęła krótko, po czym uciekła.

– Zobaczyłaś ducha? – Roześmiała się dziewczynka, po czym usiadła przy toaletce. – Chyba nie wyglądam aż tak źle?

Rozplotła długi warkocz, ujęła szczotkę w lewą rękę i zaczęła czesać długie, błyszczące włosy.

– Miałam straszny sen, ale na szczęście już się skończył. – Jej usta rozciągnęły się w upiornym uśmiechu.

Zostaw komentarz