Opowiadanie: Jaga

Jaga spojrzała w lustro. Odkąd ich statek musiał awaryjnie lądować na tej planecie, zawsze tak robiła. Zaraz po przebudzeniu. Jakby za każdym razem musiała się upewnić, że to wszystko, co się wydarzyło, nie jest koszmarnym snem. Jakby wciąż nie mogła uwierzyć.

Niestety, to była prawda.

W odbiciu ujrzała znajome oczy w kolorze nieba, ale na tym podobieństwo się kończyło. Ta twarz nie mogła przecież należeć do niej. Była brzydka i zniekształcona. Pokrywała ją gruba warstwa blizn. Linia włosów cofnęła się znacząco. Z tyłu głowy zostało zaledwie kilka kępek niegdyś błyszczących, teraz mysich, matowych loków.

– No tak – westchnęła cicho, dotykając palcami pomarszczonego policzka. – Tyle ze mnie zostało.

Czterdzieści lat temu, podczas standardowej misji zwiadowczej, na pokładzie jej statku wybuchł pożar. Stało się to przez chemika idiotę, który był zbyt leniwy, aby wykonywać swoje obowiązki poprawnie i z należytą starannością. W konsekwencji jego działań skład paliwa stał się chemicznie niestabilny. Trwało to zaledwie chwilę, ale ten moment wystarczył. W jednym z przewodów paliwowych doszło do eksplozji.

W tym wypadku z ośmioosobowej załogi troje straciło życie. Wśród nich znalazł się winowajca. Jaga również była w pobliżu, ale udało jej się przetrwać. Stała nieco dalej. Wystarczająco daleko, aby eksplozja nie rozerwała jej ciała na sztuki. Nie wyszła jednak z tego bez szwanku. Na twarzy, rękach, a także na klatce piersiowej pozostały blizny. Symbol upadku. Symbol nowego życia.

Jaga w końcu otrząsnęła się z sennych marzeń. Wszystko do niej wróciło, z najmniejszymi szczegółami. Spojrzała na kalendarz, a potem wyjrzała przez okno. Właśnie wstawało słońce.

Miała do wykonania mnóstwo pracy i to zaraz. Nie było czasu na płacz. Nie dzisiaj.

Zajrzała do szafy. W najciemniejszym kącie wisiała suknia uszyta na modłę tutejszej ludności. Była poszarpana i szorstka, a do jej wykonania użyto ciemnych barwników. Takich, do których wieśniacy nie mogli mieć dostępu. To był specjalny zabieg, został wykonany z premedytacją.

Mają się ciebie bać. ​- Przebiegło jej przez myśl.

Pokręciła głową, chcąc odegnać od siebie nieprzyjemne wspomnienie. Założyła suknię, na nogi wcisnęła dziurawe, skórzane buty. Pomimo wysokiej temperatury, ramiona owinęła płaszczem.

– Kici, kici! – zawołała, rozglądając się po domu. – Kocie, chodź! Jesteś mi potrzebny!

Zza drzwi dobiegło głośne miauknięcie, a zaraz potem z mroku wysunęła się czarna sylwetka. Kot otarł się o brzeg sukni i zaczął głośno mruczeć. Jaga wzięła się pod boki, na jej ustach pojawił się dobroduszny uśmiech. – Nie teraz. Najpierw praca, potem przyjemności.

Odsunęła się i kiedy mruczek chciał się otrzeć o jej nogę, niemalże upadł, bo stracił oparcie pod pyszczkiem. Miauknął żałośnie, jakby z pretensją, ale mimo wszystko podążył posłusznie za swoją panią.

Jaga chwyciła drewnianą laskę zwieńczoną ludzką czaszką i wyszła z domu. 

Jej chata była umieszczona w koronie starego dębu. Kobieta miała stamtąd bardzo dobry widok na całe otoczenie. Poza tym liście i gałęzie pełniły funkcje maskujące. Wieśniacy nie mieli pojęcia, że ściany tego domu są zrobione z blachy pomalowanej brązową i zieloną farbą. Nie mogli też wiedzieć, co się za nimi skrywa. Nie chcieli mieć nic wspólnego z Babą Jagą, ani tym bardziej z jej chałupą zbudowaną wśród starych drzew, na tak potwornej wysokości.

Kobieta szła przez gęstwinę lasu. Jej krok był pewny. Nie było tutaj żadnej ścieżki, ale ona doskonale znała drogę. Tuż obok truchtał czarny kot.

Zanim wyszli na udeptaną ścieżkę, Jaga zgarbiła się mocno. Cały ciężar ciała oparła na lasce. Kiedy jej oczom ukazała się wioska, słońce wisiało nisko nad linią drzew.

– Zdążyliśmy – szepnęła do kota i ruszyła przed siebie, tym razem powłócząc nogami.

Mieszkańcy wioski już na nią czekali. Kobiety łkały głośno, tuląc swoje dzieci do piersi, a mężczyźni trzymali żony w ramionach i złorzeczyli w myślach. Gdyby posiadali chociaż cząstkę mocy bogów, do których składali modły, ich wściekłe i jednocześnie przerażone spojrzenia mogłyby ciskać gromy. Ale byli tylko zwykłymi ludźmi, którzy bali się tego, co nieznane. A Jaga miała swoją paskudną twarz, czarnego kota i laskę zwieńczoną ludzką czaszką. Ale przede wszystkim, miała dostęp do technologii. Mogła robić rzeczy, o których tamtym się nie śniło.

*

Pierwszego dnia wieśniacy ujrzeli dziwaczny kształt spadający z nieba i byli pewni, że oto Perun zrzucił z niebios jednego ze swoich żmijów. Nie wiedzieli, dlaczego miałby to robić, ale przecież nie do nich należą boskie sprawy. Puścili więc to wydarzenie w niepamięć, woląc nie mieszać się w to, co ich nie dotyczy. Potem jednak z lasu wyszła zgarbiona kobieta ze szkaradną twarzą. Otulona była w czerń. Nie powiedziała, kim jest. Zadawała mnóstwo pytań, zdawałoby się wcale nieistotnych. Pytała o to jak im się żyje, co jedzą, czym się zajmują. Była ciekawa kto hoduje zwierzęta, kto z kim jest w zmowie, kto z kim spółkuje, jak wielu ludzi mieszka w wiosce. Zadawała pytania przez pół dnia, ale nie zamierzała wchodzić do niczyjego domu. Nie zamierzała się też tłumaczyć. Kiedy się znudziła, odeszła.

Pojawiła się ponownie jakiś czas później, przynosząc ze sobą złe wieści. Przedstawiła się. Powiedziała, że ma na imię Jaga i że tak mają do niej mówić. Powiedziała, że mieszka niedaleko, w lesie, ale nie zamierza przyjmować gości. Przestrzegła, że każdy kto będzie próbował ją odnaleźć, zginie. Wyjaśniła, że wróci za siedem dni, a wtedy wieśniacy będą musieli oddać jej swoje dzieci w wieku od czterech do sześciu lat. Obiecała, że będzie wracać do nich co pięć lat, zawsze tego samego dnia i o tej samej porze, i będzie zabierać wszystkie dzieci, które będą się znajdować w tym przedziale wiekowym. 

W pobliżu znajdowały się jeszcze dwie inne wioski, w nich również złożyła wizytę i przedstawiła identyczne żądania.

Ludzie już przy pierwszym spotkaniu stwierdzili, że Jaga musi być boginią lub demonem, z pewnością kimś wysłanym przez samych bogów. Kiedy jednak usłyszeli, że będą musieli jej oddawać swoje dzieci, próbowali się opierać. 

– Nie oddamy ci naszych dzieci! Dlaczego mielibyśmy to robić?! – krzyczeli odważni mężczyźni.

– Wynoś się stąd, wiedźmo! I nigdy nie wracaj! – Próbowali ją przegonić ogniem, ale to tylko obudziło jej gniew.

– Rozumiem wasze niezadowolenie, ale nie macie wyboru. Za kilka dni będziecie mnie błagać na kolanach, abym sama je zabrała.

Wtedy zesłała na nich zarazę. Zaraziła zwierzęta pałeczkami dżumy, a te przeniosły ją na ludzi. A potem rzeczywiście stało się tak, jak zapowiedziała. Kiedy wróciła kilka dni później, wszyscy mieszkańcy padali do jej stóp błagając, aby zabrała ich dzieci i żeby ocaliła te, które zachorowały.

– Dobrze. To was wyleczy. Kiedy wy i wasze zwierzęta będziecie już zdrowi zabiorę to, co należy do mnie.

Jaga wyleczyła wieśniaków gentamycyną, dodając ją do specjalnie przygotowanej zupy ziołowej. Wtedy stała się w ich oczach prawdziwą siłą wyższą.

Po kolejną partię dzieci wróciła pięć lat później, obeszło się bez żadnych problemów. Jednak po dziesięciu latach pojawiły się kolejne protesty. Tym razem Jaga pokazała wieśniakom, że na zawołanie potrafi przywołać ogień i powiedziała, że jeżeli będzie chciała, spali całą ich wioskę skinieniem dłoni. Ludzie nie mieli prawa się zorientować, że ten chwiejny płomień nie unosi się z dłoni, a z zapalniczki benzynowej, która na jej planecie była już reliktem przeszłości. Ten pokaz wystarczył, tym razem obeszło się bez niczyjej śmierci.

W swoim domu wśród drzew Jaga badała krew dzieci. W ten sposób sprawdzała, czy są zdrowe, czy nie chorują na coś przewlekle albo czy w ich organizmach nie ma żadnego stanu zapalnego. Sprawdzała również rozmazy pod mikroskopem, szukając jakichkolwiek zmian. Jeżeli dzieci były zdrowe, trafiały na główny pokład, który orbitował nad planetą.

Przewożono je tam małymi promami, które robiły niewyobrażalnie dużo hałasu. 

Te, w których krwi Jaga stwierdziła jakiekolwiek nieprawidłowości wracały do wioski, ale przedtem kobieta podawała im środki nasenne. Dzięki nim maluchom wydawało się, że to, co widziały i to, co się z nimi działo, to po prostu sen. Opowiadały potem rodzicom o domu na wysokiej nodze, w którym znajdowało się mnóstwo magicznych przedmiotów, o wężach, które w rzeczywistości były kablami albo o ognikach unoszących się w powietrzu, które były światłami latarek.

Hałasujące promy kosmiczne, dzieci opowiadające swoje niesamowite historie, a także możliwości, jakie zaprezentowała Jaga sprawiły, że już nikt nigdy nie sprawiał problemów. Od trzydziestu pięciu lat każda wizyta w wioskach przebiegała w miarę spokojnie i tak miało być już zawsze.

*

– Oto jestem. Cieszę się, że na mnie czekacie. Oddajcie swoje dzieci, a odejdę w pokoju i wrócę dopiero za pięć lat.

W jej stronę popchnięto dwóch chłopców. Chcieli zawrócić, wpaść znowu w objęcia swoich matek, ale ojcowie zagrodzili im drogę. W końcu podeszli do Jagi, a po ich brudnych buziach lały się strumienie łez.

– Czy to wszyscy?

– Nie, jeszcze ja! – zawołała jakaś dziewczynka, a Jaga otworzyła szerzej oczy, bo nigdy dotąd nie słyszała, żeby ktoś zgłaszał się na ochotnika.

– Co ty gadasz, głupia! – warknęła jej matka i rzuciła spłoszone spojrzenie w kierunku postaci odzianej w czerń. – Ona jest już starsza, ma siedem lat. Nigdzie nie pójdzie.

– Co ty gadasz, matko? – Dziewczynka strząsnęła dłoń kobiety ze swojego ramienia. – Mam sześć lat i odchodzę! Chcesz, żeby wszystkim przydarzyło się przez ciebie jakieś nieszczęście?

– Nigdzie nie pójdziesz. – Matka złapała swoje dziecko za nadgarstek i wykręciła mu rękę. Sześciolatka krzyknęła głośno z bólu.

– Oddaj ją, kobieto. – Jaga wtrąciła się do rozmowy.

– Nie! To moja córka i należy do mnie!

– Tak? Zatem chodź razem z nią.

– A… ale… – Uścisk matki zelżał wyraźnie. Dziewczynka wykorzystała chwilę nieuwagi, wyrwała się i podbiegła do chłopców, stając z nimi ramię w ramię. – Co ty robisz, dziewczyno?!

Jaga wyprostowała się i wypięła pierś, kiedy kobieta rzuciła się w kierunku córki. Okazało się, że jest bardzo wysoka. Wyższa od wieśniaków co najmniej o głowę. Patrzyła z góry na dziewkę, która zatrzymała się wpół kroku. Chciała coś powiedzieć, ale uznała, że nie warto. Machnęła połami płaszcza i odwróciła się, a dzieci poszły za nią nie odwracając się.

*

Zapadał zmrok, kiedy w końcu Jaga wróciła wraz z gromadką dzieci do domu. W sumie było ich siedmioro.

Kiedy patrzyła na zachodzące słońce, poczuła się bardzo zmęczona. Stwierdziła, że jej przełożeni mogą poczekać do rana. Odesłała więc dzieciaki do pokoju gościnnego i obiecała, że zajmie się nimi rano. Na pocieszenie przygotowała im smakowitą kolację złożoną z mięsa, sosu, ryżu i mieszanki warzyw, których próżno było szukać na miejscowych polach uprawnych.

Dopiero kiedy za maluchami zamknęły się drzwi, Jaga zrzuciła z siebie ciemną suknię i przebrała się w wygodną bluzę i dżinsy. Potem rozłożyła się na fotelu i wzięła z półki jedyny album ze zdjęciami, który miała przy sobie. Przerzucała jego strony w zadumie. Tak bardzo zatonęła we własnych myślach, że dała się zaskoczyć.

– Co to jest? – Do jej uszu dotarł dziewczęcy głos. Podskoczyła w miejscu, krzyk ugrzązł w gardle. Okazało się, że dziewczynka, która jako jedyna nie chciała zostać ze swoją matką, przygląda się zdjęciom zza jej ramienia. Jaga była tak bardzo zdziwiona, że nawet nie zapytała małej, dlaczego nie poszła spać.

– To są zdjęcia.

– Zdjęcia? Co to znaczy?

– Zdjęcia to są… – Przekrzywiła głowę. – Chwileczkę, młoda damo. Nie powinno cię tu być.

– Wiem.

Kobieta wpatrywała się intensywnie w dziewczynkę, ale nie doczekała się niczego więcej.

– I?

– I nic. Wiem, że nie powinno mnie tu być.

– I nie boisz się konsekwencji? Nie boisz się, że spalę twoją wioskę? Albo że znowu zrzucę na nią zarazę?

Dziewczynka wzruszyła ramionami.

– Dlaczego miałabyś to zrobić? Przecież poszłam z tobą, nie opierałam się.

Jaga nie mogła uwierzyć w to, co się dzieje. Wyprostowała się, skrzyżowała nogi. Była coraz bardziej zaintrygowana zachowaniem tej małej smarkuli, która najwyraźniej niczego się nie bała.

– Bo jestem zła. Czy komuś, kto jest zły, potrzebny jest powód?

– Wcale nie jesteś zła. Karałaś nas tylko wtedy, kiedy ktoś ci się sprzeciwiał. A kary wymierzałaś sprawiedliwie. Jesteś sprawiedliwym bogiem. Jeżeli będziesz miała kogoś ukarać, to tylko mnie, a nie całą wioskę.

Jaga zaczęła się śmiać. Głośno i szczerze. Nie mogła odmówić dziewczynce logiki. Poklepała oparcie fotela, zachęcając sześciolatkę, aby usiadła obok. Mała skorzystała z zaproszenia.

– Nie będę cię karać. I masz rację, nie jestem zła do cna. – Jaga zastanowiła się przez chwilę. – A powiedz mi… kim ja w ogóle według was jestem?

– Starsi opowiadają, że jesteś biesem, że niesiesz śmierć i należy się ciebie wystrzegać. Podobno zjadasz dzieci i władasz siłami natury. A w kocie podobno zamykasz dusze wszystkich zabitych przez ciebie dzieci.

– A to dobre! – Jaga była wyraźnie rozbawiona.

– Nie wierzę w to, że jesz dzieci. Ale dlaczego nas zabierasz?

– Bo was potrzebujemy. Ja i mój lud. Widzisz, nie pochodzimy stąd. Na mojej planecie… w moim domu stało się coś strasznego. I tylko wy, dzieci, możecie odwiedzić mój dom i nam pomóc.

– A w jaki sposób?

– Nawet jak ci wytłumaczę, to nie zrozumiesz. Ale powiem ci. Wasza krew posiada przeciwciała, których nasza nie posiada. Dzięki niej możemy przygotować surowicę, która jest jedynym ratunkiem dla ludzi na mojej planecie. Bo widzisz, dręczy nas zaraza i nie potrafimy jej leczyć. Umieramy. Ale teraz ty mi coś powiedz. Dlaczego chciałaś ze mną pójść?

– W domu nie czekało na mnie nic dobrego. Matka cały czas wyżywała się na mnie, bo nie spełniałam jej oczekiwań. Ojciec z kolei wcale jej w tym nie przeszkadzał. Mówił na to “kobiece sprawy”. Nie obchodziło go, że mnie biła. A poza tym i tak musiałam z tobą iść. Nie miałam wyjścia.

Jaga pokiwała głową z rozmysłem.

– Posłuchaj, cieszę się, że jesteś taka odważna i że przyszłaś ze mną porozmawiać, ale jest naprawdę późno, a ty musisz się wyspać. Jutro obudzę was bardzo wcześnie. Ale obiecuję, że jeżeli będziesz miała jakieś pytania, na wszystkie odpowiem.

Dziewczynka chciała już coś powiedzieć, ale Jaga przyłożyła jej palec do ust i uśmiechnęła się na miarę możliwości poparzonej twarzy.

– Jutro.

Dziecko opuściło głowę i grymasząc pod nosem w końcu udało się na spoczynek.

Jaga ponownie rozsiadła się w fotelu, na jej kolanach zwinął się czarny kot.

– Widzisz, mruczku? Pożerasz dziecięce dusze, wstydziłbyś się! – Roześmiała się pod nosem, pokręciła głową.

Wyjrzała przez okno, na niebie migotały tysiące gwiazd. Wyobraziła sobie, że jest u siebie, w swoim prawdziwym domu. Że obserwuje to samo niebo, ale jej twarz, ręce i piersi nadal są piękne. Niestety wypadek, w którym wzięła udział, całkowicie wykluczył ją ze społeczeństwa. Tam liczyło się tylko piękno. Oczywiście, mogła odtworzyć swoje tkanki. Teoretycznie. W rzeczywistości, wtedy nie było ją na to stać. Teraz miała mnóstwo pieniędzy, bo wykonywała misję najwyższej wagi. Ale nie zależało jej już na powrocie. Przyzwyczaiła się do śpiewu ptaków, do wszechobecnej bliskości natury. Nie chciała opuszczać tego miejsca.

Zdarzało jej się myśleć o porywaniu dzieci. Zastanawiała się nad tym. Rozważała to pod kątem etycznym. Z jednej strony to było złe. Ale z drugiej wiedziała, że dzięki tym dzieciom wyleczą zarazę. Czy potrzebują ich aż tyle? Być może nie, ale w gruncie rzeczy żadnemu z nich nie dzieje się krzywda. 

Westchnęła ciężko i przymknęła oczy.

– Czemu życie nie może być proste?

*

Następnego dnia, jeszcze nim wstało słońce, Jaga obudziła dzieci i pobrała od nich krew. Wszystkie były zdrowe i gotowe do drogi. Prom przyleciał po nie po południu.

Odważna dziewczynka płakała kiedy wsiadała na pokład i krzyczała, że przecież Jaga obiecała jej odpowiedzieć na wszystkie pytania.

Kobieta odziana poprzedniego dnia w czerń wykrzywiła szpetne usta w uśmiechu.

– Przecież mówiłam ci, że jestem zła.

Pomimo tych słów i nieugiętej postawy, Jaga czuła w sercu żal. Stała pod chatą, kiedy prom odlatywał. Tkwiła w tym samym miejscu nawet wtedy, kiedy ucichło ostatnie echo jego dźwięku. Wpatrywała się w niebo i zastanawiała się, jak wyglądałoby życie z tym małym zuchwalcem.

Wiedziała jednak, że nie może sobie pozwolić na sentymenty. Była złą Jagą, zjadającą dzieci i zamykającą ich dusze w ciele kota. Ona i wiele innych, które osiedliły się na tej planecie po niej. Nie mogła zepsuć ich reputacji. To mogłoby zaszkodzić misji.

Otarła łzę, która płynęła po jej policzku, a potem wdrapała się do chaty ukrytej w koronach drzew. Czekał na nią pięcioletni urlop. Powinna się cieszyć, a nie płakać za czymś, czego nigdy nie będzie dane jej mieć.

Nie mogę jej mieć. Ale nikt nie zabroni mi o niej marzyć. ​- Z tą myślą rozsiadła się w ulubionym fotelu, zamknęła oczy i wsłuchała się w muzykę, którą grał dla niej cały las.

Zostaw komentarz