Opowiadanie: Terra incognita

Ten dziennik należy do Artura z Bastionu. Został spisany w pierwszym dniu 1005 roku Nocy, kiedy słońce na kolejne pół roku ukryło się za horyzontem. Wszystkie wydarzenia opisane na tych kartach są szczerą prawdą.

Ty, który czytasz te słowa – kimkolwiek jesteś – mam nadzieję, że wyciągniesz z nich pewną naukę. Mam nadzieję, że twój świat wygląda inaczej. Mam nadzieję, że moje decyzje pomogły stworzyć nową, lepszą przyszłość.

Nazywam się Artur. To dziwne imię wymyślił dla mnie ojciec. Ponoć znalazł kiedyś księgę, która opowiadała o RYCERZACH. Jeden z nich miał na imię Artur. Artur i RYCERZE Okrągłego Stołu. Nie pytaj mnie, kim są RYCERZE. I tak nie zrozumiesz.

Mimo tak egzotycznego imienia urodziłem się tam, gdzie wszyscy – w Bastionie. Być może nie wiesz nawet, że takie miejsce istniało. Być może żyjesz w krainie, w której Bastion odszedł w zapomnienie. Dlatego opowiem ci o tym, jak wygląda lub wyglądało życie w moim świecie.

Kiedy się urodziłem, Bastion był ostatnią kolebką życia. Było nas niewielu, zwykle około siedemdziesięciu osób. Do tego stado psów i kotów, dzięki którym mieliśmy mleko i mięso.

Hodowaliśmy grzyby, które doskonale rozrastały się wśród martwych tkanek. Smakowały zgnilizną, ale na przestrzeni lat przyzwyczailiśmy się. Tylko czasami ktoś widział po nich dziwne rzeczy. Poza tym mieliśmy też kilka gatunków zielonych roślin. Te smakowały nieco lepiej.

Wodę zbieraliśmy raz do roku, kiedy pod wpływem światła słonecznego wilgotne powietrze nocy skraplało się do naszych metalowych misek. To było święto. Najpiękniejszy dzień życia każdego z nas. Namiastka normalności w tym szalonym świecie.

Razem ze mną dorastało tylko dwoje innych dzieci, dziewczynki – większość noworodków umierała. Niektóre rodziły się tak bardzo zdeformowane lub chore, że nie mogliśmy brać za nie odpowiedzialności. Takie jednostki były usuwane. Nigdy nie pytałem, co z nimi robią. Ta wiedza nie była mi potrzebna.

Pamiętam, że od zawsze czułem ulgę z powodu mojej płci. Wewnętrzny spokój, że to nie na mnie spoczywa odpowiedzialność za rodzenie dzieci. Musiałem tylko oddawać nasienie. To, czy dziecko przyjdzie na świat zdrowe i czy w ogóle się urodzi, nie było już moim zmartwieniem. Poza tym jako mężczyźnie nic mi tak naprawdę nie groziło. Miałem przed sobą przyszłość. Wiedziałem (przynajmniej w przybliżeniu), jak potoczą się moje losy. Kobietom natomiast groziła utylizacja. I to było sensowne. Po co trzymać kogoś, kto nie potrafi nic zaoferować swojej społeczności?

Mężczyźni oddawali nasienie i zdobywali wiedzę, a kobiety powinny rodzić dzieci. Jeżeli tego nie robiły, w Bastionie nie było dla nich miejsca.

Spodziewam się, że czytając te słowa, myślisz o nas, jak o potworach. Liczę na to! Ale nie oceniaj nas zbyt pochopnie. Nie mieliśmy wyjścia. Ludzkość stała na progu zniszczenia. Musieliśmy podejmować decyzje, czasami trudne. Wręcz niewybaczalne. Oczywiście wiem, że nie masz prawa tego zrozumieć. Powinieneś jednak zwrócić uwagę na to, że gdybyśmy mieli jakieś moralne opory, ciebie już by tutaj nie było.

Reprodukcja w przypadku chłopców zawsze zaczynała się w wieku trzynastu lat. U dziewczynek trzeba było zaczekać na pierwsze krwawienie, które zwykle pojawiało się w dziesiątym lub jedenastym roku życia. Oczywiście zdarzało się, że dziewczynki nie krwawiły. Już wiesz, co robiliśmy w takiej sytuacji.

Zasady prokreacji były proste – należało krzyżować najstarszych osobników z najmłodszymi. System został opracowany, zanim pojawiłem się na świecie, ale był dobry i sprawdzony. Dzięki niemu przeżywalność noworodków powiększyła się w ciągu stu lat dnia i stu lat nocy o jeden procent! Kiedy opuszczałem Bastion, na pięćdziesiąt noworodków jedno nadawało się do dalszej egzystencji. Najczęściej były to dziewczynki – dobra wróżba.

Zanim jednak stałem się prawdziwym mężczyzną i zanim pierwszy raz zapłodniłem kobietę, pionierzy wbijali mi do głowy całą dostępną wiedzę. Mimo ich starań wiecznie coś mi nie pasowało. Zadawałem mnóstwo pytań, chciałem wiedzieć więcej. Może nawet nie wiedzieć, ale ROZUMIEĆ. Niestety nikt nie potrafił odpowiadać. A brak odpowiedzi budził w moim sercu gniew, który powoli wypalał mnie od środka. Patrząc z perspektywy czasu, był on zupełnie nieuzasadniony. W końcu dostałem wszelkie niezbędne narzędzia do tego, abym sam mógł pewnego dnia wyruszyć na powierzchnię. Powinienem był docenić trud, jaki został włożony w moją edukację, ale nie potrafiłem. Nie mogłem uwierzyć, że pomimo, zdawałoby się, doskonałej struktury naszej społeczności, nadal wiemy tak niewiele. Denerwowało mnie to. Miałem ochotę krzyczeć, wyć z rozpaczy. Wiedziałem jednak, że muszę być cierpliwy. Wiedziałem, że dostanę swoją szansę i okazję, aby znaleźć coś więcej. Dlatego zaciskałem zęby i chłonąłem wszystko, co tylko mogło mi się przydać. Nauczyłem się wszystkiego o kotach i psach – jak się nimi zająć oraz w jaki sposób przyrządzić potrawkę z ich mięsa. Nauczyłem się liter i wszelkich dostępnych słów. Przeczytałem wszystkie dwadzieścia trzy książki z naszej biblioteki. Dowiedziałem się też, jak używać narzędzi, jak uprawiać rośliny i grzyby, w jaki sposób je przygotować, aby się nie zatruć. Nauczono mnie, jak powinniśmy funkcjonować, żeby przetrwać. Na samym końcu opowiadano mi o świecie na powierzchni, ale żaden wykład nie mógł mnie przygotować na to, co ujrzałem.

Pierwszy raz powinien nastąpić nocą. Wtedy wszystko wydawało się bardziej nierzeczywiste, nierealne, jakby z innego wymiaru. Mroczne cienie wydłużały się, a każdy element spowity był bladym światłem gwiazd. Człowiek czuł w sercu pierwotny lęk, który swoje korzenie ma gdzieś głęboko w ludzkiej duszy. Jednak analityczny umysł podpowiadał, że tak naprawdę nie ma się czego bać, bo przecież nic już poza człowiekiem nie istnieje. Umysł wiedział, że strach to wina ciemności.

W rzeczywistości noc była bardziej przyjazna. Noc nie paliła.

Mimo tego mój pierwszy raz nastąpił za dnia.

Dorosłem w 987 roku Dnia i mój ojciec uparł się, że nie możemy czekać na noc. Był silny, nieustraszony. Nie mógł pozwolić, aby jego jedyny syn okazał się tchórzem. Liczył na to, że kiedyś zostanę Najstarszym. W zasadzie przyjął to za pewnik. Nie wyobrażał sobie, żebym mógł umrzeć wcześniej niż pozostali.

W sumie nie mam mu tego za złe. Był stary, miał trzydzieści pięć lat i tak naprawdę nic nie osiągnął. Nie dokonał przełomowych odkryć, nie spłodził żadnej córki. Miał tylko mnie. A ja, czując ogromną presję z jego strony, nie sprzeciwiałem się i starałem sprostać jego wymaganiom.

Dlatego, mimo protestów pozostałych pionierów, wyszedłem tego samego dnia i oniemiałem.

W pierwszej chwili pomyślałem, że umieram. Czułem, jak słońce wypala na moim ciele krwawe pręgi. Gorąco wdzierało się we wszystkie szczeliny pełnego stroju, który miał mnie chronić. Żar słoneczny kpił ze mnie, liżąc ciało żywym płomieniem. Nawet kiedy zacisnąłem powieki, blask nie znikał. Czułem, że po twarzy cieknie mi wrząca maź. Wiedziałem, że za chwilę całkowicie oślepnę. Ból rozsadzał czaszkę od środka, każda sekunda zdawała się trwać całą wieczność.

Nie wiem, czy krzyczałem. Nie byłem w stanie odróżnić żadnego dźwięku – w uszach rozbrzmiewał nieustający gwizd.

Nie mogłem znieść ani chwili dłużej, chociaż jestem pewien, że nie stałem na powierzchni nawet przez minutę. Świadomość zaczęła odpływać. Zdawało mi się, że spoglądam na całą tę groteskową scenę z góry. Widziałem siebie, klęczącego na spękanej ziemi, zaciskającego palce na parującej masce. I wtedy poczułem na ramieniu silną rękę ojca. To sprowadziło mnie na powrót do ciała, które przeżywało istne katusze.

Ojciec pochylił się nad moim uchem. Musiał, bo jakimś cudem usłyszałem jego słowa naprawdę wyraźnie.

– Jesteś dzieckiem dnia, Arturze. Pierwszym. Będziesz najlepszym z nas.

Potem kilka par rąk dźwignęło mnie i zaciągnęło do Bastionu.

Drzwi pozostały zamknięte przez kilka kolejnych dni. Leżałem bez ruchu w łóżku, a kobiety próbowały przywrócić mnie do świata żywych. Przez cały ten czas nie otwierałem oczu. Wmawiałem sobie, że muszą odpocząć, ale tak naprawdę bardzo się bałem, że już nigdy nic nie zobaczę.

Wtedy pierwszy raz dotarło do mnie, że nie jestem niezniszczalny. Uświadomiłem sobie, że mężczyznę również można poddać utylizacji, jeżeli przestanie być przydatny. A ze mnie nie było przecież żadnego pożytku, kiedy tak leżałem.

Wiem, że część pionierów od razu chciała się mnie pozbyć. Kilku z nich zaciekle mnie jednak broniło twierdząc, że zostałem naznaczony przez dzień i być może uda mi się przeżyć. Dlatego cały czas udawałem, że śpię. To dawało mi czas.

Czułem nieustanny ból, skóra płonęła. Wiedziałem, że ślady, które wypaliło na mnie słońce, zostawią blizny nie tylko na ciele, ale również na duszy. Ogień wdarł się do środka. Pełzał po mojej skórze, bezlitośnie ją dziurawiąc, śmiejąc mi się w twarz. Oczy nadal się żarzyły, ale z czasem płomień przygasł i pozostawił po sobie tylko niewyraźną skazę, którą dostrzegałem gdzieś na skraju widzenia.

Cierpliwość opłaciła się, wszechobecna ciemność w końcu przyniosła ukojenie. Pomogła mi zebrać myśli.

I siły. Ból nie chciał ustąpić, ale zaczął zlewać się z tłem. Stawał się czymś naturalnym, nieodłącznym elementem egzystencji. Wiedziałem, że jeżeli przetrwam, powstanę silniejszy.

Miałem tylko dwie drogi. Życie albo śmierć.

Otworzyłem oczy, kiedy poczułem, że nadszedł odpowiedni moment. Widziałem. Obraz przecinała purpurowa smuga, która nadawała światu niezwykłe barwy, ale widziałem.

Podniosłem się powoli i niezgrabnie. Zaskoczona kobieta upuściła glinianą miskę, nie zdołała powstrzymać krzyku. Jej głos sprowadził do pokoju kilku pionierów, wśród nich znalazł się mój ojciec.

Kiedy próbowałem stanąć na nogach, ciało drżało. Mięśnie zaciskały się i rozluźniały w niekontrolowanych skurczach. Zbyt długo leżałem. Było mi niedobrze, w głowie znowu usłyszałem gwizd. Przed oczami skakały żółte i czerwone iskierki. Wytykały mnie palcami, chichocząc złowieszczo.

Zacisnąłem zęby i splunąłem pod nogi pionierów, rzucając w ich stronę wyzywające spojrzenie. Nie wiem, jak wyglądała moja twarz, ale wszyscy cofnęli się o krok.

Życie albo śmierć.

Nie mogłem umrzeć. Miałem tak wiele pytań, na które potrzebowałem odpowiedzi! Co się wydarzyło z naszym światem? Dlaczego zostało nas tak niewielu? Czy naprawdę zostaliśmy sami? Kim jesteśmy? Kim byliśmy kiedyś? Czym są słońce i księżyc? Od kiedy zaczęliśmy liczyć lata? Skąd znamy słowa, dlaczego o tym wszystkim nie zapomnieliśmy? Kto jako pierwszy zaczął zbierać wiedzę? Tak wiele pytań!

Dlatego wybrałem życie.

Powoli, powłócząc nogami, krok za krokiem, ruszyłem w stronę wyjścia. Byłem gotów. Gorąca krew buzowała w moich żyłach, próbując się z nich wydostać za wszelką cenę. Tak jak ona, tak ja wiedziałem, że to jedyna właściwa droga.

Nie odwracałem się, ale miałem świadomość, że pionierzy podążają moim śladem. Obserwowali mnie. Niczym drapieżniki, które kiedyś występowały w naturze, czekając na jakąkolwiek oznakę słabości. Albo niemalże z namaszczeniem, jakby każdy mój ruch mógł naruszyć fundamenty świata. Do tej pory nie mam pewności, które spojrzenia powinienem sklasyfikować jako te gorsze.

Wędrówka była długa i mozolna mimo niewielkiej odległości. Zatrzymałem się dopiero przy strojach ochronnych, tak bardzo zmęczony, że po twarzy spływały mi strumienie potu.

Podjąłem kolejny etap walki, musiałem się ubrać. Kiedy szarpałem się ze spodniami, podszedł do mnie ojciec. I matka. Bez słowa zaczęli mi pomagać. Czułem, że są ze mnie dumni.

W końcu, w pełnym kostiumie, stanąłem naprzeciwko drzwi. Za nimi kryła się wolność. I wiedza. Rzeczy, których nie dało się zastąpić.

Nie wahałem się. Wyszedłem.

Chciałem zobaczyć, co skrywa świat, ale nie odważyłem się otworzyć oczu. Człowiek powinien uczyć się na błędach.

Słońce uderzyło we mnie z całą siłą, ale tym razem nie zwaliło mnie z nóg. Stanąłem naprzeciw jego potęgi dumny i wyprostowany, świadomy swojej wartości. Moje ciało skwierczało, rozpływało się pod wpływem gorąca. Ale dzień nie mógł wypalić kolejnych znaków. Dzień nie mógł mi już wyrządzić żadnej krzywdy, tylko przywoływać ból. Potworny, makabryczny, nie do opisania. Ale w gruncie rzeczy nieszkodliwy. Nie zabijał.

Wróciłem do Bastionu o własnych siłach, przywitała mnie cisza. Pionierzy nie spodziewali się, że zobaczą mnie żywego. Jeżeli mam być z tobą szczery, też nie spodziewałem się, że przeżyję.

Pewnie się teraz zastanawiasz, dlaczego tak bardzo skupiłem się w tej opowieści na sobie, dlatego spieszę z wyjaśnieniem.

To, co się wtedy wydarzyło, było tak naprawdę przełomowym momentem w życiu mojej społeczności. Dla ludzi stałem się kimś w rodzaju duchowego przywódcy. Wiesz – moje pierwsze spotkanie ze słońcem naznaczyło mnie, ale nie zabiło. Więc wszyscy stwierdzili, że to musi być znak. Nie miał dla nich znaczenia fakt, że po prostu nikt przedtem tego nie spróbował. Nie miało również znaczenia to, że kobiety w ogóle nie opuszczały Bastionu. Przecież to mogła być każda z nich!

W każdym razie, od tamtej pory wiele się zmieniło. To był moment zwrotny i dlatego opisałem go tak dokładnie. Z czasem z pewnością zrozumiesz, że słońce naznaczyło nie tylko mnie, ale wszystkich mieszkańców Bastionu.

Od kiedy wróciłem, zarówno pionierzy, jak i kobiety zaczęli mnie traktować inaczej. Czułem się niemalże na równi z Najstarszym, chociaż nadal to on podejmował ostateczne decyzje.

Wcale mi to nie przeszkadzało. Nie chciałem władzy. Zresztą, przecież już to wiesz. Tyle razy pisałem o tym, czego mi brakowało.

Podjąłem decyzję, że będę robił to, co uważam za słuszne i nie będę zwracał uwagi na innych. W końcu byłem już dorosły. Przetrwałem coś, czego nikt inny nawet nie spróbował. Byłem kimś wyjątkowym. O tak, wyjątkowo narwanym.

Systematycznie, każdego dnia, wychodziłem na zewnątrz, co w zasadzie było zakazane. Każdy wiedział, że zbyt duża ilość słońca zabija w nas człowieczeństwo. Przekazywaliśmy sobie tę wiedzę z pokolenia na pokolenie. Ale ja zostałem NAZNACZONY! Łamałem więc zakaz bez mrugnięcia okiem. Nikt nie próbował mnie zatrzymywać.

Oczy otworzyłem dopiero, kiedy ogień spływający z nieba zaczął rozlewać się po moim ciele równomiernie.

Kiedy spojrzałem na świat po raz pierwszy, zaniemówiłem. Przestrzeń była ogromna, rozciągała się we wszystkie strony aż po sam horyzont. Nie było ścian, sufitu, żadnych ograniczeń.

Wiesz, czym jest wolność? Czy w twoim świecie pielęgnuje się tę wartość? My potrzebowaliśmy schronienia. Na zewnątrz czekała tylko śmierć. Ale nie na mnie. Ja byłem WOLNY. Po raz pierwszy w życiu poczułem coś na kształt szczęścia – mieszankę ekscytacji z domieszką spełnienia, podszytą świadomością, że dopiero teraz czeka na mnie wszystko. Że dopiero teraz zaczyna się prawdziwe życie.

Krajobraz wyglądał monotonnie, ale tak naprawdę nigdy nie widziałem nic tak doskonałego. Każdy skrawek powierzchni był bladożółty, kruchy i niestabilny. Wysuszony grunt załamywał się pod stopami. Stawiałem kroki jak wyjątkowy niezdara. To musiało wyglądać zabawnie. Dopiero z czasem nauczyłem się stabilnego chodu.

Na skraju widzenia majaczyły niewyraźne, strzeliste kształty przecinające niebo. Po pewnym czasie, kiedy oczy przyzwyczaiły się do palącego słońca, dotarło do mnie, że te kształty są pozostałością starej cywilizacji. Zdawały się być tak daleko, poza zasięgiem moich możliwości. I tak w rzeczywistości było. Zanim udało mi się dotrzeć do pierwszych wzniesień, minęło wiele tygodni.

Przeżyłem masę przygód, odwiedziłem mnóstwo niezwykłych miejsc. Ale moje opowieści z pewnością brzmiałyby dla ciebie wręcz głupio, bo kiedy ja zachwycam się najmniejszym elementem starego świata, ty możesz żyć w miejscu, gdzie taki przedmiot wyszedł już z użycia.

Dlatego opowiem ci tylko o jednym znalezisku. Dlaczego? Z prostej przyczyny – dzięki temu zrozumiesz, jak bardzo ludzkość zmieniła się na przestrzeni tych wszystkich lat. Bo zmieniło się nie tylko nasze wnętrze oraz potrzeby, zmieniliśmy się też zewnętrznie.

Pewnej nocy, kiedy po raz kolejny uciekłem z Bastionu kierowany potrzebą odszukania tego, co ukryte, znalazłem niezwykłą rzecz. W zasadzie nie do końca potrafię ją nazwać. Była czymś w rodzaju odbicia utrwalonego na kawałku papieru za pomocą nieznanej techniki. To była twarz. Śliczna, rumiana buzia małej dziewczynki. Włosy w kolorze słomy spięła fikuśnymi, kolorowymi spinkami. Były tak bardzo długie, sięgały do połowy jej pleców. Grube, zdrowe, silne. Dziewczynka uśmiechała się szeroko, w jej ustach jaśniały śnieżnobiałe, równiutkie ząbki. Dziecko było wyprostowane, miało gładką skórę w bladoróżowym kolorze.

Nie rozumiesz, o co mi chodzi? Wierzę, że masz z tym problem. Ale spieszę z wytłumaczeniem.

W zasadzie nigdy nie zastanawiałem się nad tym, jak wyglądali ludzie ze starego świata. Przyjąłem za pewnik, że skoro jesteśmy ich potomkami, to nie różnimy się za bardzo. Nasze dzieci rodziły się brzydkie, pomarszczone, szare. Były słabe, chorowite, często niekompletne. Te, którym udało się przetrwać, rosły powoli. Miały szkaradne ciała. Ich skóra była twarda i zrogowaciała, często pękała, tworząc na ciele dziwaczne, makabryczne wręcz wzory. Pojawiały się też na niej ohydne wypryski. Włosy wypadały garściami, były matowe, martwe. Większość z nas w ogóle ich nie miała. Paznokcie samoistnie odchodziły od palców, niejednokrotnie dotkliwie ją raniąc. Nasze oczy były czarne. Oko dziewczynki z obrazka składało się z aż trzech kolorów! To takie niesamowite!

Kiedy ją ujrzałem, dotarło do mnie z całą mocą, jak wiele straciliśmy z tego, kim byliśmy kiedyś. Przede wszystkim jednak wstrząsnął mną fakt, że choćbyśmy się nie wiem jak bardzo starali, nigdy nie odzyskamy chociażby cząstki tego, co zostało zagubione w mroku dziejów.

Upadłem na kolana i zacząłem szlochać. Moim ciałem wstrząsały niekontrolowane spazmy, a z gardła wydobywały się potępieńcze jęki. Wszystkie moje marzenia o tym, że być może uda mi się zapoczątkować powrót dawnej cywilizacji, w tej jednej chwili legły w gruzach.

Nie jestem pewien, ile czasu spędziłem w koszmarnym amoku, ale niewątpliwie trwało to zbyt długo.

Z tego miejsca zabrałem ze sobą tylko jedną rzecz. Pewnie domyślasz się, jaką.

Nikt nie dowiedział się o moim znalezisku. Kiedy wróciłem do Bastionu, powiedziałem tylko, że tym razem nie udało mi się odkryć nic nowego. Oczywiście nikt mi nie uwierzył. Ale też nikt nie śmiał pytać. Nie jestem pewien, czy podjąłem słuszną decyzję, ale nie wyobrażam sobie, co by się stało, gdyby ktoś zobaczył człowieka z przeszłości. Doskonale pamiętam, jak bardzo wstrząsnął mną ten obraz. Jak często wracałem i nadal wracam do niego myślami. Jakie beznadziejne uczucia musiałem w sobie tłamsić za każdym razem, kiedy spoglądałem w te prześliczne oczy.

Nie, nie mogłem im o tym powiedzieć. To by nas zniszczyło. Do końca. Wraz z tą dziewczynką umarłaby cała nadzieja, która pozostała w Bastionie, a do tego nie mogłem dopuścić.

Muszę jednak przyznać, że samotna walka potrafi być wyniszczająca.

Zacząłem się odsuwać od pionierów, w końcu zrezygnowałem też z kontaktów z kobietami, łamiąc tym samym nasze restrykcyjne zasady. Nie po raz pierwszy, oczywiście. Ale tym razem było inaczej.

Wszystko zaczęło się sypać…

Wiedziałem, że prędzej czy później ktoś będzie musiał się mnie pozbyć. Stałem się pasożytem. Nie oddawałem nasienia, nie dostarczałem wiedzy, izolowałem się od społeczeństwa. Bezwartościowa jednostka, która powinna zostać poddana utylizacji.

Fakt, że zostałem naznaczony przez słońce, ochronił mnie dostatecznie długo, abym mógł podjąć decyzję samodzielnie. Spakowałem więc swój pionierski dobytek, po raz ostatni założyłem strój ochronny i bezpowrotnie opuściłem Bastion. Bez słowa. Nie mogłem zrobić nic lepszego. Mam nadzieję, że moje dzieci nie uznają tego za akt tchórzostwa.

W końcu zrobiłem to między innymi dla ich dobra.

Ruszyłem w stronę, której do tej pory jeszcze nie zbadałem. I właśnie ta droga zaprowadziła mnie tutaj. Do miejsca, z którego piszę te słowa. Do miejsca, w którym prawdopodobnie wszystko się zaczęło.

Ten szlak to była gehenna dla mojego ciała i umysłu, nieporównywalna do niczego. Wiesz dlaczego? Wychodząc z Bastionu po raz pierwszy, mogłem po prostu zemdleć. Miałem pewność, że pionierzy nie pozwolą mi tak po prostu zginąć. Kiedy jednak schodziłem w bezdenną przepaść, mimo bijącego z nieba światła, w dole czekał na mnie tylko mrok. Nie było rąk, które mnie złapią. Nie było cienia, w którym mógłbym się schronić. Byłem tylko ja i niewielkie półki skalne, które drżały i niekiedy łamały się pod moim ciężarem.

Być może zabrzmi to nieprawdopodobnie, ale wcale się nie bałem.

Opuszczając Bastion, skazałem samego siebie na śmierć. Dla wszystkich tak naprawdę jestem już martwy.

I dla siebie też. To tylko kwestia czasu, zanim opuści mnie duch. Już prawie skończył mi się prowiant, ubranie jest porwane i nie ochroni mnie przed słońcem. Na szczęście tu, na dole, jest ciemno. I wilgotno. Wyobrażasz to sobie? Tu jest WILGOĆ! Mogę zlizywać ze ścian wodę. Nie smakuje jak woda, którą zbieramy raz do roku na powierzchni. Ale jest mokra. Jest wodą!

To niesamowite miejsce stanie się niebawem moim grobem.

Moglibyśmy tu zamieszkać! Przecież może się tu skrywać tak wiele wspaniałych skarbów… Ale nikt nigdy stąd nie wrócił. Ja również nie wrócę, żeby opowiedzieć o tym, co znalazłem. Być może jednak ten list trafi kiedyś w odpowiednie ręce, w twoje ręce. A może nie?

Kiedy zadzieram głowę, widzę tylko ciemność. Jest mi zimno, chyba zachorowałem. Ale to nie ma znaczenia. Mam wodę. Oddech nie pali w piersi. Wszystko jest takie ciemne, śliskie, błyszczące… i jeszcze nasiono.

Tak, znalazłem nasiono. A tuż obok niego pięknie oprawiony dziennik. Na okładce niezwykle fikuśnymi literami napisano „ANN”. Zakładam, że to imię właściciela lub właścicielki. Niestety okazało się, że to jedyny wyraz, który potrafię odczytać.

Dziennik wygląda zdumiewająco. Jest mokry, niektóre strony wypadają, inne się posklejały. Ale wiele z nich jest nietkniętych. Wertuję go raz za razem i nie mogę uwierzyć w to, że na niego patrzę.

Nie rozumiem tekstu, chociaż został napisany wyraźnym i schludnym pismem. Po prostu nie znam tego języka, nie rozumiem znaczenia słów. Starałem się, próbowałem coś połączyć za pomocą skojarzeń. Nic to nie dało.

Znalazłem natomiast kilka fragmentów, które okazały się czytelne – rysunki. Przepiękne szkice, stworzone sprawną ręką. Pierwszy z nich przedstawiał dom. A w zasadzie Dom. Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy brzmiała: „To nasze korzenie. To właśnie tam się rodziliśmy i mieszkaliśmy”. Trzymam się jej, chociaż wiem, że rysunek w jakimś starym dzienniku nie jest żadnym dowodem. Zawsze jednak ufałem intuicji. Dlaczego miałaby mnie zawieść tym razem?

Dom znajdował się na drzewie, a w zasadzie w drzewie… Może to po prostu drzewo było Domem? Brakuje mi słów, żeby opisać ten obraz dokładnie, bowiem drzewo jest dla mnie czymś zupełnie abstrakcyjnym. Znam to określenie z książek. Teraz widzę je po raz pierwszy.

Czy naprawdę drzewa tak wyglądały? Były tak ogromne, że ludzie przypominali na ich tle czarne kropki? A może to moja rasa była kiedyś tak miniaturowa, że wszystko inne wydawało się przy jej przedstawicielach monstrualnie wielkie?

Tego prawdopodobnie już nigdy się nie dowiem. Ale może ty znasz odpowiedź?

Znalazłem rysunki różnych roślin w dziwnych, mrocznych kolorach. A także ogromny dół pełen wody, otoczony żywą zielenią!

Moją uwagę przykuł obrazek dziewczynki i chłopca trzymających się za ręce – w ogóle nie przypominali nas, mieszkańców Bastionu. Ale byli też inni niż dziewczynka, którą nosiłem w kieszeni mojego stroju. Rysownik przedstawił ich sylwetki w osobliwy sposób. Dzieci były niesamowicie smukłe. Ich skóra miała srebrzysty połysk. Może nosiły takie ubrania? Albo taki był artystyczny zamysł autora? Włosy sięgały poniżej kolan, skojarzyły mi się z płaszczem. Dłonie miały niesamowicie długie palce.

Na kolejnym rysunku zobaczyłem srebrzystą twarz, pokrytą zrogowaciałymi kształtami. Układały się w dziwny wzór, przywodzący na myśl pierwotny lęk odczuwany przez nas nocą. Oczy mieniły się refleksami zieleni, były od siebie odsunięte, lekko przekrzywione do środka. Kości policzkowe narysowano jako dwa wydatne kształty, policzki zapadały się z kolei trochę zbyt nisko.

Porównałem twarz z rysunku do dziewczynki, którą przy sobie nosiłem. Uważam, że rysunek wygląda nienaturalnie, wręcz groteskowo. Ale emanuje z niego jakaś pierwotna siła, co każe sądzić, że udało mi się odnaleźć wizerunek czegoś, co można nazwać stworzycielem ludzi. Nie ma jednak sensu dalej się w to zagłębiać. Jeżeli znajdziesz ten list, prawdopodobnie odnajdziesz również dziennik i będziesz w stanie samodzielnie ocenić szkice, które właśnie oglądam.

Mam wrażenie, że nie zostało mi już wiele czasu, dlatego przechodzę do najważniejszego obrazka. A w zasadzie do zestawu obrazów, które narysowano jeden za drugim. Im dłużej się im przyglądam, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że patrzę na narodziny bogów. Wiem, jak to brzmi. Ale w sytuacji, w jakiej się znalazłem, człowiek przestaje myśleć racjonalnie. Nie zastanawia się, tylko chwyta to, co dostaje. A ja dostałem jasną instrukcję, z której zamierzam skorzystać.

Wykopię zatem niezbyt głęboki dół. Taki, żeby zmieściło się w nim nasiono. Zielone, soczyste, pełne życia. Wcześniej nie mogłem się oprzeć i wziąłem je do rąk. Pulsowało, jakby w jego wnętrzu biło serce.

Wykopię zatem dół, a potem delikatnie ułożę w nim nasiono. Następnie przykryję je ziemią – zupełnie tak jakbym okrył mojego Boga kocem do snu – i skropię lekko wodą spływającą ze ścian. Co prawda na obrazku woda w zasadzie nie ma barwy, a ta obecna tutaj jest rdzawa i ma metaliczny zapach, który kojarzy mi się z krwią. Ale innej nie mam.

Mam jedynie nadzieję, że to nie zaburzy przebiegu rytuału.

I to w zasadzie tyle. Następny rysunek przedstawia tę dziwną, srebrzystą postać, która wyłania się z zielonego kielicha niczym kwiat.

Jak długo będą trwać narodziny? Nie mam pojęcia. Nie potrafię nawet spekulować na ten temat. Mój plan jest szalony, a sytuacja, w której się znalazłem, nie znajduje odzwierciedlenia w świecie Bastionu.

W moim świecie.

Po prostu tutaj zaczekam. Być może przeżyję na tyle długo, by się przekonać, do czego doprowadzą moje czyny.

Być może za chwilę umrę.

Ale ty, który czytasz ten list – będziesz wiedział, kto zasadził nasiono. To ja, Artur z Bastionu. I cokolwiek się wydarzy, wszyscy powinni wiedzieć, że była to tylko i wyłącznie moja decyzja. Ludzkość nie miała głosu w tej sprawie. Ja, Artur, dokonałem wyboru, którego nikt inny nie mógł dokonać.

Mam nadzieję, że stworzyłem dla ciebie nowy, lepszy świat.

Artur z Bastionu

Zostaw komentarz