Wydawnictwo Ab ovo – co poszło nie tak?

Ci, którzy obserwują mój profil na FB pamiętają z pewnością, jak na początku tego roku puściłam informację o wydawnictwie Ab ovo, które planowałam założyć z mężem. Mieliśmy już super autorki, grafików, pięć powieści gotowych do wydania. Ustaliliśmy warunki umowy z drukarnią. W zasadzie wszystko było zapięte na ostatni guzik. I co? I uderzyliśmy w mur.

Ów mur nosi nazwę polskich urzędów.

Staraliśmy się o dotacje na otworzenie działalności gospodarczej, ponieważ nie stać nas na pokrycie wszystkich kosztów z własnej kieszeni. W pierwszej kolejności próbowaliśmy otrzymać dotacje unijne. Okazało się jednak, że proces weryfikacji wniosków jest piekielnie długi – czekaliśmy dwa miesiące tylko po to, aby otrzymać ocenę, w której napisano między innymi, że jeden z podpunktów ma mniej niż 5 zdań (miał 7 zdań!) i nie podlega ocenie – cały wniosek był skomentowany w podobnym tonie i choć był napisany poprawnie, nie przedarliśmy się przez tę machinę.

Pomyśleliśmy, że to nic straconego – spróbowaliśmy w urzędzie pracy. Tym razem, aby mieć pewność, że wszystko się uda, oddałam wniosek przed złożeniem do księgowej. W odpowiedzi usłyszałam, że nigdy nie widziała tak dokładnie rozpisanego wniosku. Ale cóż, jak to bywa, zaczęło się już na starcie.

Największym problemem okazał się lokal. Mimo iż na stronie urzędu pracy nie ma informacji o tym, że adres lokalu jest konieczny jeszcze przed podpisaniem umowy, urzędnicy wymagali go od nas. Udało nam się znaleźć jeden, pomieszczenie biurowe znajdujące się w dużej firmie produkującej filmy edukacyjne. Urzędnicy stwierdzili jednak, że produkcja filmów i wydawnictwo książkowe to ten sam rodzaj działalności i lokal się nie nadaje. Po wielu, naprawdę wielu telefonach, w końcu znaleźliśmy osobę, która zgodziła się podpisać z nami umowę przedwstępną na wynajem. Po konsultacji z urzędniczkami, ustaliliśmy termin do 01.06. – miało być dobrze. Lokal był oddzielny, nikt nie prowadził w nim żadnej działalności związanej z książkami, czy też filmami. Ostatnią prowadzoną firmą w tym miejscu był sklep z biżuterią.

W tym miejscu napiszę jeszcze, że na rozpatrzenie wniosku urzędniczki miały 30 dni, wliczając w to weekendy. Nasz wniosek był rozpatrywany jakieś 50 dni i nikt nie był w stanie nam udzielić odpowiedzi, dlaczego tak jest. Potem okazało się jeszcze, że wniosek musi przejść trzy etapy weryfikacji (poza pierwszym sprawdzaniem, potem miała zebrać się jakaś komisja, a na końcu ocenę miała wystawić pani dyrektor) i tak naprawdę nie wiadomo, ile to wszystko będzie trwało. Komisja zebrała się 02.06., czyli jeden dzień po wygaśnięciu umowy przedwstępnej na wynajem lokalu. I wiecie, jaką dostaliśmy odpowiedź? Kazali nam pokazać zdjęcia lokalu, który już nie podlegał naszej rezerwacji. Dlaczego? Nie wiadomo – informacji o zdjęciach również w regulaminie nie uświadczycie.

No i tak skończyła się nasza przygoda z otwieraniem wydawnictwa. Nie jesteśmy w stanie znaleźć lokalu, którego właściciel podpisze z nami przedwstępną umowę najmu na czas nieokreślony. Nie posiadamy również żadnego na zbyciu. A urzędniczki ewidentnie nie chcą przydzielić nam dotacji. Być może działalność wydawnicza jest zbyt mądra, bo podczas jednej z rozmów padło zdanie „Nie ma pan odpowiedniego wykształcenia”, a na pytanie męża „Jakie byłoby odpowiednie?” urzędniczka odpowiedziała „Nie wiem”. I niech to będzie podsumowanie tej historii.

Chcieliśmy wprowadzić na polskim rynku wydawniczym powiew świeżości – nie udało się. Mimo tego nie skończę z moją pisarską przygodą, bo kocham to, co robię. I będę pisać. Dla siebie, dla was. Mam nadzieję, że czytanie tego wszystkiego sprawia wam taką samą radość, jak mnie pisanie 🙂

Zostaw komentarz